
Spotkałam ostatnio kolegę, który ma dorastającą córkę. Gadaliśmy trochę o dzieciach. Anegdoty o nich bawią tylko innych rodziców, a więc oboje świetnie się bawiliśmy, obgadując nasze pociechy. Poprosiłam Kamila o skręcenie kilku słów o jego nastoletniej córce.
REKLAMA
Opowieść Kamila:
I nagle z ojca stałem się kierowcą i bankomatem. Czyli moment, gdy zorientowałem się, że moja córka jest nastolatką.
Znacie ten moment, gdy dociera do was, że nie jesteście już swoim dzieciom potrzebni? Jakoś w okolicach 8-11 urodzin - grają sobie same, robią rano kanapki lub płatki z mlekiem, mają swoich znajomych i już nie za bardzo chcą się z wami bawić samochodzikami i lalkami.
Cieszycie się, bo trochę zaczęliście odzyskiwać swoje życie. Można iść do kina, umówić się ze znajomymi na spotkanie, a przede wszystkim wysłać dzieciaki na kolonie, co uznają za fantastyczny gest ze strony rodziców. Choć wy tak naprawdę marzyliście o tym, żeby wyjechały, by mieć dwa tygodnie tylko dla siebie.
A potem przychodzi okres wczesnonastoletni i dostajesz obuchem w głowę. Ja właśnie dostałem.
Zaczęło się od prośby o zapłacenie za Minecrafta na Nintendo. Zadzwoniła: "Tato, zapłać mi. Kocham cię, kocham".
Potem mojej córce wyleciało z głowy, że o coś prosiła i tak w ogóle, to ona już teraz nie chce tej gry. Jak zwykle.
Choć pytałem jeszcze dwa razy, czy już wykonała jakieś czynności zbliżające ją do instalacji gry. Uważam, że wystarczy mojej fatygi. Obowiązek rodzicielski spełniony.
A potem wyjechała na obóz survivalowy. Było super. Nie zadzwoniła do mnie ani razu. Dopiero w dniu powrotu z informacją, gdzie ją odebrać. Nie, żeby nie było mi przykro.
Jak było ? - pytam. Spoko - odpowiada. I gapi się w telefon, żeby opisać wyjazd innym znajomym.
Za tydzień znów dostaję telefon. - Tato, a idę z Nikolą do kina w sobotę. Zawiózłbyś mnie?
O kurczę, jestem potrzebny! Pojedziemy sobie razem, pogadamy w samochodzie, pójdziemy na lunch, na którym będziemy się śmiać i spędzać fantastycznie czas...
Jakie ja miałem plany. A potem to sobie ją zostawię z koleżanką w centrum handlowym. Po kinie znów do samochodu i opowie mi film...
No i nic mi z tego nie wyszło. "Tak, tato, chodźmy na pierożki, wezmę też Nikolę. O, tato, a kupisz nam bilety? Nie, zupełnie nie musisz na nasz czekać, wrócimy tramwajem".
Obiad dla trzech osób, upominki w Empiku dla dwóch dziewczyn (bzdety do rysowania za kolejną stówkę), bilety do kina z popcornem. Lekką ręką wydałem ponad 3 stówy na weekend z córką, w którym robiłem za kierowcę.
I nawet nie obejrzałem żadnego nowego filmu!
Mój terapeuta mówi, że to wystarczy, by utrzymać dobrą relację z dzieckiem. Byłem wtedy, gdy mnie potrzebowała. Tak sobie tylko myślę, że czas iść do szefa po podwyżkę, by pozostać tak zaangażowanym rodzicem.
Jak to mówią: małe dzieci, mały kłopot. Duże dzieci, duże wydatki.
Ale napisała wieczorem: "Dziękuję". I wybaczyłem sobie boczenie się na nią. Za tydzień razem pójdziemy do kina.
