
Miały mu zostać tylko 3 miesiące życia, ale przez 8 lat nie poddał się i walczył o każdy kolejny dzień spędzony z synem. Andrzej Maroszek zmarł w wieku 36 lat, tatą był przez 11. Najlepszym, jakiego mógłby mieć Kacper. Dlatego chłopiec napisał o nim wypracowanie "z serducha", a list pożegnalny ojca i syna przeczytały tysiące ludzi w Polsce.
REKLAMA
– Bardzo dobry, 1:1 – odpowiada.
Jak się czuje po tym, gdy cała Polska przeczytała wypracowanie z polskiego, w którym żegna się ze swoim tatą? Jest zaskoczony i wzruszony. Tak samo, jak jego mama. Oboje mówią, że ogrom komentarzy i słów wsparcia, który płynął do nich po publikacji pracy, przerósł najśmielsze oczekiwania.
– Udostępniliśmy list Kacpra, by dodać ludziom chorym na raka odwagi – mówi Natalia Maroszek. – Dopóki piłka jest w grze, zawsze są szanse na wygraną.
Jej mąż, Andrzej, chorował 8 lat. W żadnym momencie choroby nie zwątpił w to, że warto żyć. Walczyć dla Kacpra. – Zawsze powtarzał, że chce, aby Kacper jak najdłużej miał ojca, chciał się nacieszyć kontaktem z synem – mówi mama. – My rodzice zawsze już żyjemy dla naszych dzieci.
Wypracowanie "Odwaga" autorstwa 11-letniego Kacpra przeczytało wiele osób w Polsce. Także dlatego, że pracę wrzucił na swój profil na Facebooku prezydent Sosnowca, Arkadiusz Chęciński.
"Było ciepłe popołudnie 15 czerwca. Siedzieliśmy z mamą w domu i czekaliśmy, aż tata wróci od lekarza. W kuchni unosiła się para, bo mama gotowała obiad dla nas. I nagle wszedł tata, mówiąc: "Mam raka, ale nie martwcie się to nie koniec świata. Będziemy walczyć do samego końca, bo w rodzinie siła".
Tak Kacper rozpoczyna swoją pracę. Z jego wspomnień wynika, że tata rzeczywiście się nie poddał. Od chwili diagnozy jeździł po całej Polsce, by szukać pomocy u najlepszych specjalistów. Przeszedł operację, trzy naświetlania, chemioterapię, ale nie udało się uniknąć przerzutów i trzy lata przed śmiercią jego płuca były już zainfekowane przez nowotwór.
A jednak nawet z maską tlenową na twarzy nie opuszczał meczów swojego syna. Mówił rodzinie: "Co z tego, że jestem pod tlenem, jak dalej możemy wyjść do parku i dobrze się bawić. Co z tego, że jestem pod tlenem, idę do pracy, bo ręce mam sprawne".
Gdy nie mógł już chodzić, zawsze łączył się z żoną na Messengerze, aby oglądać mecz Kacpra na żywo. Zagrzewał go do boju i nie pozwalał wątpić w to, że zostanie sławnym piłkarzem.
Niecały rok przed śmiercią Andrzej Maroszek wykupił dla całej rodziny bilety lotnicze i porwał żonę i syna do Włoch. – Wcześniej nigdy nie leciałem samolotem – wspomina Kacper. – Zwiedzaliśmy stadion Juventusu. Byłem w szatni i pod szafką Ronaldo, gdy jeszcze tam grał – opowiada, a w jego głosie słychać, że to pozostanie jednym z najlepszych wspomnień jego życia.
– Mąż zrobił to, by Kacper miał okazję zobaczyć namiastkę wielkiego piłkarskiego świata, którego kiedyś chciałby być częścią – mówi Natalia.
Dla 11-latka kluczowe były chwile spędzone sam na sam z tatą. Mówi, że lubił jeździć z nim do Krakowa, gdzie tata przechodził badania, bo potem szli razem na basen i świetnie się bawili.
– Tata był bardzo pomocny. Ktokolwiek nie poprosiłby go o pomoc, nie odmawiał. Był troskliwy. Kochałem go i nadal kocham – mówi chłopiec.
"Wtedy straciłem przede wszystkim swojego bohatera, który każdego dnia uczył mnie, jak iść odważnie przez życie [...]nauczyłem się też czegoś bardzo ważnego, tego, że nie można się bać". Kończy swoje wypracowanie Kacper.
– Kiedy zmarł, zawalił nam się cały świat. Ludzie mówią: "przecież wiesz, że jest chory i kiedyś nadejdzie koniec, powinnaś być przygotowana", ale na to nie da się przygotować. Każdego dnia patrzy się, jak życie w oczach ukochanej osoby gaśnie, a i tak, gdy zmarł, miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi kawałek serca – mówi żona Andrzeja.
Praca chłopca jest złożeniem hołdu najlepszemu tacie, jakiego miał. Napisał "z serducha".
Często z mamą chodzą na cmentarz i opowiadają mu, co akurat dzieje się w ich życiach. Oboje wierzą, że ukochany tata ma teraz najlepsze miejscówki na mecze swojego syna i nie opuści żadnej rozgrywki.
