
Reklama.
Nigdy nie widziałem mojego pierwszego samochodu marzeń. Tak jak nigdy też nie spotkałem mojej pierwszej wymarzonej dziewczyny.
Ale dobrze ją pamiętam. To była Whitney Houston, jeszcze z loczkami z teledysku "I wanna dance with somebody". Choć zanim ozdobiłem pokój jej plakatem, śniłem o samochodzie.
Oczywiście wiem, jak wygląda porsche 911 targa, wersja produkowana w latach 70. i 80. Ale to naprawdę wymarzone auto miał mój wujek, który w czasach komunizmu mieszkał w lepszej, zachodniej części Berlina. Dlatego znam ten samochód tylko z opowieści.
Nie wiem, jaki miał kolor. Nie wiem, jaki miał silnik. Domyślam się, że wujek kupił jakiś używany i zaniedbany egzemplarz, bo do rodzinnej legendy przeszedł jego "cieknący bak". Choć może po prostu wujek miał ciężką nogę i nikt z krewnych nie mógł uwierzyć, że samochód może palić na setkę o tyle więcej niż maluch.
Wujek miał przyjechać tym porsche na moją komunię, ale nie dotarł. I było to duże rozczarowanie, mimo że dostałem wtedy rower. Gdy odwiedziłem go w Berlinie Zachodnim jakiś czas potem, samochodu już nie było.
Drugą motomiłością mojego życia był biało-czerwony McLaren, z wielkim napisem "Marlboro" na tylnym spojlerze. Za jego kierownicą siedział Alain Prost. Wiedziałem, że nie da się tym autem jeździć po normalnej drodze, ale zdecydowanie chciałem mieć taki bolid. I tak – byłem w zdecydowanej mniejszości, bo w legendarnej rywalizacji Ayrtona Senny z Prostem kibicowałem Francuzowi.
Na ścianie pokoju natomiast pojawiły się Cindy Crawford i Claudia Schiffer. Plakat z tą drugą modelką pamiętam lepiej, może ze względu na kuse dżinsowe spodenki, które na wyobraźnię nastolatka działały bardziej niż ostre zakręty toru F1 w Monaco.
Choć gdybym wtedy miał wybierać pomiędzy supermodelką a bolidem Prosta, chyba wybrałbym samochód.
Potem nadszedł czas budowania poważnych związków. W moim życiu pojawił się 8-letni hyundai pony. I tak, to był samochód moich marzeń.
Bo był prawdziwy. Prawdziwe były też koleżanki, więc ze ścian zniknęły plakaty modelek. I – muszę przyznać – że choć bardzo, ale to bardzo chciałem mieć wtedy ferrari testarossę, to w sumie świat samochodów przestał mieć aż tak wielkie znaczenie. Przeoczyłem nawet moment, w którym ferrari przestało produkować mój samochód marzeń.
Oczywiście pojawiały się mniejsze lub większe miłości: właściwie wszystkie alfy romeo – do dziś mam słabość do pięknych kształtów rysowanych przez projektantów tej marki, jaguary z lat 80 – prawie kupiłem sobie takie używane auto, całe szczęście kolega pokazał mi, że nie zarobiłbym nawet na wymianę oleju, ford mustang – ale uświadomiłem sobie, że tak naprawdę podkochuję się w jego pierwszej wersji, której nigdy w życiu zapewne nie zdobędę.
Pojawiły się też bardziej realne uczucia, na przykład do seata leona w wersji FR. I choć podczas jazdy uwielbiałem jego silnik, to jeszcze bardziej doceniałem możliwość wpięcia fotelika dla córki i przestronny bagażnik, jakże przydatny podczas wakacji z dzieckiem.
I po tylu latach miłostek i zauroczeń uświadomiłem sobie, że jeśli chodzi o kobiety, do udało mi się spotkać kobietę marzeń.
A jeśli chodzi o samochody… tu nie mam takich sukcesów, ale dla taty trójki dzieci od przyspieszenia do setki bardziej liczy się bagażnik i isofix. Choć czasami jeszcze śni mi się porsche panamera, wierzę, że ze względu na bagażnik i wygodne siedzenia, a nie niecałe 4 s do setki.
Ale gdy wsiadam do mojego renault z synem, który mówi, że nasz kadjar "jest szybszy nawet od porsche-ferrari, prawda, tato?", to odpowiadam: – Jasne, synku. To nasz wymarzony, najlepszy samochód na świecie.
Może cię zainteresować także: Wymaga odwagi i dojrzałości. Zdradzę wam, jaki jest rodzicielski obowiązek na miarę XXI wieku