Moi rodzice, od kiedy są dziadkami, są innymi ludźmi.
Moi rodzice, od kiedy są dziadkami, są innymi ludźmi. Fot. archiwum prywatne

Nie tylko ja zmieniłem się, gdy zostałem rodzicem. Nie tylko moja żona zmieniła się. Zmienili się też… moi rodzice. Perspektywa bycia dziadkami bardzo zmieniła to, jak sam widzę swoich rodziców. I choć podobno ludzie w pewnym wieku się już nie zmieniają, to jednak nowy członek rodziny potrafi wywrócić do góry nogami codzienność wielu istnień. Ciebie też to czeka, jeśli spodziewasz się dzieci.

REKLAMA

Idą z duchem czasu, czyli… nie popełniają starych błędów

To chyba najbardziej jaskrawa zmiana u moich rodziców. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Generalnie: to nie jest żaden atak w stronę moich rodziców, gdyż trzydzieści lat temu wzorce wychowania były zupełnie inne niż teraz.

Sprowadza się to do tego, że rodzice po prostu kochali mnie we wszystkim wyręczać. Z opowieści wiem, że zaczęło się właściwie od zera. Mama bowiem zawsze dbała o to, żeby mnie nakarmić – no bo kto to słyszał, żeby roczne dziecko samo jadło? Jeszcze się ubrudzi…

To jeszcze sobie jakoś wyobrażam. Ale zostało jej na później i lubiła za mnie zrobić wiele, oj wiele. Tak naprawdę myślę, że nie zostałem jakąś ofiarą losu z tylko jednego powodu – bo rodzice robili też coś jeszcze, co dzisiaj nikomu nie przychodzi do głowy. Czyt. zostawałem w domu sam NAPRAWDĘ mały. I trzeba było sobie zupę odgrzać i domu nie spalić.

A tata? Wcale nie był lepszy. Kochany, zawsze zatroskany i totalnie… bez cierpliwości. Inżynier z powołania, pasji, zawodu, pracy i po prostu wykształcenia zawsze dostawał białej gorączki, kiedy widział moje dziecięce rączki próbujące coś wyciąć. Potem coś skręcić. I tak dalej. "Daj, pomogę". No i tak pomagał, że dzisiaj boję się takich rzeczy jak naprawa cieknącego kranu. Zanim cokolwiek zrobię, oglądam YouTube’a przez pół dnia.

I on nawet o tym wie, że źle zrobił. Sam się do tego przyznaje.

A po co o tym wszystkim mówię? No, bo… już tak nie robią. Z pewną satysfakcją obserwuję moją mamę, która dostaje nerwicy na widok swojej wnuczki, która chętnie je, ale co wyląduje na podłodze w tym procesie, to wyląduje na podłodze.

Z równie dużą satysfakcją obserwuję mojego tatę, który nie próbuje wyręczyć swojej wnuczki z absolutnie każdej rzeczy. Ba, siedzi z nią na tym dywanie i pozwala jej kaleczyć te puzzle. Miód na me serce.

Dadzą z siebie wszystko… ale nie są na telefon

Na wstępie muszę zaznaczyć, że do rodziców mam w zasadzie ani blisko, ani daleko, bo 150 kilometrów. Czyli realnie nie tak daleko, żeby do nich nie skoczyć na weekend z zaskoczenia i raczej nie stanowi to wielkiej wyprawy, która wymaga przygotowania.

Ale jednocześnie nie podjedziesz sobie tam ot tak, na obiad. Zwłaszcza z małym dzieckiem, to już po prostu bardziej kłopotliwe.

logo
Fot. archiwum prywatne

Bardzo szybko się jednak przekonałem, że można na nich polegać. Włącznie z takimi sytuacjami, że nawet wezmą wolne, przyjadą do Warszawy i odbiorą córkę ze żłobka, jeśli z jakiegoś powodu zarówno ja, jak i żona, mamy zajęte popołudnia.

Miło. I takich sytuacji jest naprawdę multum, niektóre mogą wydawać się trywialne, ale latem przyjechali w weekend zająć się Mają, bo byliśmy w straszliwym niedoczasie z żoną i nie byliśmy w stanie z nią (wiemy, co robią dwuletnie dzieci w domu) się spakować na wakacyjny wyjazd.

Z drugiej strony bardzo brutalnie przekonałem się też, że… jednak są dwójką wciąż aktywnych zawodowo osób, z własnymi planami, potrzebami i sprawami. To o tyle zabawne, że w ich bloku mieszka kilka babć-instytucji (termin zasłyszany od nich samych), które spotykane w windzie po raz nie wiem który opowiadają, jak to jadą zająć się wnukami, bo <tu wstaw naprawdę cokolwiek i dzieje się to nagminnie>.

I ja nawet w to uwierzyłem, że to tak wygląda. Aż kilka razy usłyszałem stanowcze (ale grzeczne) nie, bo mieli własne plany.

Wiecie, jak się zdziwiłem za pierwszym razem?

Nagle mają nowe podejście do mnie

W zasadzie mogłem się tego pewnie spodziewać, ale mam jedno dziecko, więc nie miałem się jak o tym przekonać wcześniej. Na swój sposób zawsze będę ich dzieckiem, ale jednak awansowałem w domowej hierarchii na ojca.

Widzę to po tematach rozmów. Widzę, że wzrosły oczekiwania wobec mnie. Rozmawia się o innych rzeczach. Zwłaszcza mój prywatny ojciec bardzo często dopytuje, czy wszystko okej w pracy, jak w domu, słowem upewnia się, że potrafię zadbać o swój dom.

Czy to źle? Broń Boże. Po prostu jest inaczej. Doroślej.

Co oczywiście... nie zmienia tego, że dalej są najmądrzejsi. Ileż to razy musiałem spierać się o najprostsze rzeczy dotyczące mojej córki. Bo zgodnie z wiedzą ludową przecież Maja nie może biegać po domu bez skarpetek. Jak nic skończy z grypą.

Już nie jestem oczkiem w głowie

Ten punkt odrobinę łączy się z punktem poprzednim, a może jest raczej jego uzupełnieniem. I w sumie o tym w dadHERO już pisałem większy tekst, ale i tak warto to odnotować. Bo pasuje jak ulał.

I tak jak zostałem nagle w domu swoich rodziców ojcem, a nie dzieckiem, tak… no nie da się ukryć, że moi rodzice zmienili obiekt zainteresowań.

W zasadzie dużym zaskoczeniem był dla mnie fakt, jak bardzo rodzice zapomnieli o moich sprawach. Bo tak jak psiałem wyżej – pytają o dom, o pracę. Ale to wszystko w kontekście tego, czy potrafię zadbać o ich wnuczkę.

Teraz nie ja mam być zdrowy (okej, też mam być zdrowy), tylko moja córka. Teraz nikt nie pyta o mój nastrój, tylko o nastrój córki. I tak dalej, i tak dalej. Na swój sposób to… brutalne. Ale już się w tym odnalazłem i całkowicie to rozumiem. Bo przecież sam z żoną gadam głównie o naszym dziecku.

Czytaj także: