Jak sobie wyobrażałem bycie ojcem? W wielu kwestiach pomyliłem się.
Jak sobie wyobrażałem bycie ojcem? W wielu kwestiach pomyliłem się. Fot. archiwum prywatne

Dwa lata z hakiem to wystarczająco dużo czasu, żeby zrozumieć, jak naprawdę wygląda ojcostwo i… pozbawić się w wielu kwestiach złudzeń z nim związanych. Kiedy bowiem przypomnę sobie siebie z dnia sprzed narodzin córki i pomyślę sobie o swoich wyobrażeniach w tej kwestii, to… ogarnia mnie pusty śmiech. Na swój własny temat. W czym najbardziej się myliłem?

REKLAMA

1. Małe dziecko nie wymaga obsługi, więc sobie odpocznę

To jest chyba największa głupota, jaka siedziała mi w głowie. Naczytałem się jeszcze w trakcie ciąży mojej żony jakichś totalnych bzdur (w ogóle książki przygotowujące do ojcostwa należy zdelegalizować, ale to inna historia), że pierwsze trzy miesiące to tak naprawdę czwarty trymestr, że dziecko to w sumie śpi, je, śpi dalej. Zmienisz pieluchę i w zasadzie spokój, można grać w Counter Strike'a.

Tak. Tak bezobsługowe, że w pierwszych tygodniach przed wyjściem do pracy robiłem żonie kanapki na cały dzień, żeby miała w ogóle co złapać do jedzenia.

Co prawda z dzisiejszej perspektywy trochę nas to bawi i mimo wszystko uważam, że jest prawdą to wyświechtane powiedzenie "małe dziecko, mały problem, duże dziecko, duży problem" i po prostu kwestie w sumie proste sprawiały nam, jako nieopierzonym rodzicom, zbyt dużą trudność, ale jednocześnie – no po prostu było inaczej.

Myślałem więc, że będę miał dodatkowe trzy miesiące wakacji. No to… nie.

2. Moja córka będzie miała mało zabawek i będą drewniane

To w zasadzie mógłbym tylko podsumować tak:

XD.

I pójść do kolejnego punktu. Ale ponieważ to jednak poważny tekst, a nie strona z memami, to tłumaczę: fakt, trochę nasłuchałem się mojej żony, która miała podobne dziwne rojenia, ale na swój sposób imponowało mi to i zgodziłem się z tym.

W każdym razie – z rodzica, który nie chciał dużo zabawek, bo plastik, bo zatrucie oceanów, bo rybki jedzą i umierają, bo śmieci w lasach i tak dalej, i tak dalej – zamieniłem się w rodzica, który podczas nawet zwykłej wyprawy do marketu jest w stanie coś złapać. A to książeczka, a to coś tam. 

Nie pytajcie mnie, jak do tego doszło. Sam nie wiem. Chociaż był etap, kiedy córce wjechała kompletna mamoza, i żeby chciała ze mną wyjść na spacer, to musiałem ją przekupywać kolejną Kicią Kocią. Dzisiaj mamy ich ponad dwadzieścia…

A i jeszcze te drewniane zabawki – no fajne są, dalej je lubię. Tylko finalnie mojej córce to nie robi żadnej różnicy. Dwulatka nie ma jeszcze tej wrażliwości w sobie, że plastik jest be. A przecież dostaje masę prezentów i wiele z nich jest plastikowych. No i tak marzenie się nie ziściło. Tak w sumie… po prostu to nie wyszło. Ale też nie wierzę, że komukolwiek jest w stanie wyjść.

Czytaj także:

3. Myślałem, że zawsze będę miał siłę dla swojej córki

Pamiętam pierwsze miesiące życia Mai. Miałem dosłownie siłę na wszystko i… obiecywałem sobie, że tak będzie już zawsze. Byłem w stanie w ciągu jednego dnia i pójść do pracy, i posprzątać dom, i wybawić się z córką (a raczej spędzić z nią czas, bo mówimy o małym bombelku) i jeszcze zaliczyć siłownię.

Ale zanim się spostrzegłem, przestałem chodzić na siłownię (na ponad rok, a i teraz robię to z wielkim wysiłkiem wewnętrznym), w domu często jest kompletny burdel, a i ja nieraz wracam z pracy i jedyne, o czym marzę, to łóżko i kołderka.

Zmęczyłem się. Tak zwyczajnie, po ludzku. Dziecko kompletnie wysysa energię. I od razu ci mówię, że jeśli dopiero spodziewasz się dziecka i boisz się, że też nie zawsze podołasz – to nic złego. W moim otoczeniu jest dość sporo młodych rodziców i chyba nie ma nikogo, kto tak po ludzku… nie zmęczył się. W każdym razie z mojego przekonania, że będę niezniszczalnym ojcem, nie zostało wiele.

logo
Fot. archiwum prywatne

4. Nie będę dawał dziecku słodyczy… albo po prostu będę odporny na presję

Tak naprawdę te słodycze to tylko metafora. Równie dobrze możesz w tym miejscu wpisać oglądanie bajek. Albo kupowanie zabawek z bohaterem konkretnej bajki, które są trzy razy droższe tylko z tytułu licencji na danego bohatera. Albo dawanie dziecku telefonu do ręki.

Myślałem o sobie długo jak o ojcu, który zwyczajnie nie będzie popełniał błędów, które popełniają inni rodzice. Czasami z lenistwa, czasami z potrzeby znalezienia chwili dla siebie, a czasami po prostu właśnie dlatego, że każdy tak robi.

I tak w zasadzie z wieloma rzeczami szło nam dobrze, ale na koniec dnia – czy moja dwuletnia córka nie zna smaku słodyczy? Zna nie tylko ich smak, ale jest na tyle zręczna, że umie sobie je rozpakować (a czasami to wcale nie takie proste). Inna sprawa, że nie lubi bardzo słodkich rzeczy – tyle nam się udało.

Czy pilnowaliśmy, żeby córka nie miała kontaktu z telewizją, z telefonem itp.? Tak, pierwszy raz zobaczyła włączony telewizor, jak miała... ponad rok. Bo zaczął się mundial w Katarze. Ale na koniec dnia nasi dziadkowie są spoza Warszawy, więc żeby miała z nimi kontakt, wideorozmowy są codziennością. Nagle budzę się w domu z dwulatką, która umie sama znaleźć ikonkę YouTube’a i odpalić bajkę.

Mogę tak pisać o wielu rzeczach, ale już rozumiecie pewnie.

Na koniec dnia orientujesz się, że te wszystkie złe dla dziecka rzeczy i tak robisz. Bo w zasadzie trudno to życie inaczej zorganizować. Gorzej – odcinając dziecko od cywilizacji na siłę, robisz tylko z niego odludka, który z tego tytułu potem może mieć przekichane w grupie rówieśniczej. Znam taki przypadek. Więc i tak źle, i tak niedobrze.

5. Nie będę wdawał się w rodzicielski wyścig szczurów

O tym już pisałem cały oddzielny tekst w dadHERO i jestem wobec tego zjawiska jak najbardziej krytyczny, ale... to nie znaczy, że umiem się od niego całkowicie odciąć.

I autentycznie traktuje to jako swoją wielką ojcowską porażkę.

W każdym razie: nie dałem sobie (i swojej córce) tego całkowitego komfortu, który daje spokojny rozwój. Bez presji. Nie wiadomo kiedy sam wpadłem w te tryby. Czekałem, aż zacznie raczkować. Potem chodzić. Potem mówić. Teraz czekam, aż zacznie więcej mówić.

I tak dalej, i tak dalej. Ba, ja już czekam, aż będzie miała te cztery-pięć lat i będzie można zacząć uczyć ją czytać. I o ile na córkę tej presji nie przekładam (tak mi się wydaje), o tyle sam sobie ryję tym beret strasznie.

Po co, nie wiem. Ale tak już mam i tak ma wielu rodziców. A nic w tym dobrego.

Czytaj także: