
Byliśmy przygotowani na wybuch fanfar miłości w naszej nowo powstałej rodzinie patchworkowej. Dostaliśmy kopa frustracji, zmęczenia i poczucia, że wszystko poszło źle. Pierwsze święta w naszej rodzinie bonusowej były koszmarem.
REKLAMA
Szkoda, że nie wyszła kilka lat wcześniej, gdy przyszło mi organizować pierwsze święta dla naszej sklejonej rodziny, tuż po narodzinach naszego wspólnego z mężem dziecka.
9-latka, córka mojego męża z pierwszego małżeństwa cieszyła się na przyjście braciszka na świat. Do czasu, gdy się nim nie rozczarowała w czasie pierwszej wizyty. A ta właśnie przypadała na wigilię.
Pierwszy błąd
Nie wiedzieć czemu, uparliśmy się, żeby gotować barszcz i uszka, smażyć karpia i tłuc ziemniaki. Miały być święta, jak zawsze, ale przecież pierwszy raz mieliśmy je spędzić we czwórkę. Już to nadawało im rys wyjątkowości.Zmęczeni gotowaniem i opieką nad noworodkiem, zasiedliśmy do kolacji wyczerpani. A młoda zostawiona sama sobie cały dzień w oczekiwaniu na przyjście świętego Mikołaja, była po prostu smutna.
Tym bardziej że czas poświęcany jej w porównaniu do tego spędzonego z jej bratem lub w pochyleniu nad ciastem do pierogów, był znacznie krótszy.
I pewnie, powinniśmy odpuścić, ale tego nie zrobiliśmy. To był pierwszy błąd.
W dodatku jeszcze hucznie zapowiadany brat, który leżał w łóżeczku, okazał się 50-centymetrową lalką, która nie mówiła, praktycznie się nie ruszała, a raczej wiła oraz nie można było się z nią bawić.
"Myślałam, że będzie większy" - powiedziała.
Najwidoczniej nie przygotowaliśmy jej na to rozczarowanie. Mogła mieć nam to za złe, że rozwijaliśmy przed nią wizję posiadania brata, z którym będzie mogła spędzać czas. Ale przecież dzieli ich 9 lat różnicy, zaczną się dogadywać, jak będą w okolicach 20.
Drugi błąd
To, że nie było nas stać na wypasione prezenty, bo kasa poszła na wózek, torbę porodową i pampersy. Na tydzień przed świętami mój mąż przyniósł z pracy wielki statek kosmiczny z klocków, którego użyli do sesji zdjęciowej. Siedzieliśmy po nocach i rozkładaliśmy model klocek po klocku, by wkładać je do foliowych torebek i dać młodej na gwiazdkę.Dorzuciliśmy jakieś gifty z paczek świątecznych otrzymanych z "zakładów pracy". Noworodek dostał grzechotkę i tyle.
Jednak nie mogliśmy się równać z tym, co zafundowała córce dalsza rodzina. Mama, dziadkowie i ciotki stanęli na głowie, żeby prześcigać się w wynagradzaniu młodej to, że nie jest już jedynaczką. Dostała smartwatche, lalki, puzzle, gadżety, ciuchy. Gdzie nie poszła na świąteczny obiad, była zasypywana podarkami.
Popełniliśmy błąd, bo nie powiedzieliśmy jej, że prezenty to w święta nie wszystko. Niezależnie od tego, ile ich dostanie, cieszymy się, że możemy spędzić święta razem w naszej nowopowstałej rodzinie. Nie utwierdziliśmy jej w przekonaniu, że nie zawsze jej brat będzie tak płakał, że kiedyś będzie mogła się z nim bawić, a nawet go pokocha. Wreszcie, że my też ją kochamy.
Tego uczy książeczka "Wielorodzina": "Ktoś powiedział, że rodzina jest wtedy, kiedy ludzie się kochają. I ot by się zgadzało, bo całą moją wielorodzinę łączy coś wyjątkowego: miłość do mnie".
Nie trudno się domyślić, że przebodźcowany kolędami noworodek darł się wniebogłosy, a młoda miała cały wieczór nos na kwintę.
Wszystkim nam tego dnia zabrakło odrobiny pyłu świętego Mikołaja, który pozwoliłby nam dostrzec prawdę: zostawcie to tak, jak jest. Choinka wam wystarczy, bułka z masłem na kolację też, poświęćcie chwilę, żeby pobyć naprawdę razem.
Może cię zainteresować: Rodzina patchworkowa - czy warto się w to pakować? Każdego dnia sprawdzam to na własnej skórze