Kadr z filmu "Matrix: Zmartwychwstania"
"Matrix: Zmartwychwstanie" przeszedł sito chińskiej cenzury. Ale czy ktoś inny czeka na powrót Neo? Fot. Kadr z filmu "Matrix: Zmartwychwstania"

Wielki sukces Hollywoodu! Kolejny odgrzewany filmowy kotlet ostatnich lat przeszedł sito chińskiej cenzury. "Matrix: Zmartwychwstania" będzie wyświetlany w tamtejszych kinach. A także w naszych i na HBO Max. Tylko czy jest sens jeszcze to oglądać?

REKLAMA
  • "Matrix: Zmartwychwstania" to historia Neo i Trinity, którzy spotkają się po 20 latach w "normalnym świecie".
  • Czwarta część "Matrixa" została wyreżyserowana przez Lanę Wachowski.
  • Będzie miała premierę 22 grudnia w kinach, a także na platformie HBO Max.
  • Czy gdybyś mógł jeszcze raz przeżyć swoje życie i dokonać niektórych wyborów, byłyby one takie same? A czy gdybyś był Keanu Reevesem, a Morfeusz jeszcze raz oferował ci niebieską i czerwoną tabletkę, to wróciłbyś do świata Matrixa? Wszyscy raczej odpowiemy tak samo, ale Neo nie. Neo nie uczy się na błędach i dlatego powstał jeszcze jeden film o jego naiwności.
    "Matrix: Zmartwychwstania" to historia Neo i Trinity, którzy spotkają się po 20 latach w "normalnym świecie". Mają wyczyszczoną pamięć i nie kojarzą, że kiedyś razem unikali kul, wykonując spektakularne obroty ciała. Czy łykną jeszcze raz tabletkę, by rozwalić sobie życie na nowo?
    Film na gra sentymentach, znanych motywach, a przede wszystkim postaciach, które przez lata stały się ikoniczne dla popkultury. "Matrix: Zmartwychwstania" ma pojawić się w kinach 22 grudnia, a także na HBO Max.

    Chińska cenzura vs. hollywoodzkie produkcje

    Choć trudno to uwierzyć, to w chińskich kinach była wyświetlana jedynie 3. część "Matrixa". Poprzednie z 1999 i 2003 roku trafiały do odbiorców za pomocą pirackich płyt DVD.
    A i "Matrix: Rewolucje" nie były kasowym hitem dla wyposzczonych hollywoodzkich produkcji Chin, bo pojawiły się tylko w 12 kinach w Pekinie i kilku poza stolicą kraju.
    W 2021 roku sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo Państwo Środka jest w tej chwili największym na świecie rynkiem zbytu popkultury. Może się wydawać, że nic tylko ładować do tamtejszych kin amerykańskie filmy, ale poza zgrzytem politycznym w Chinach na straży zachodniej ekspansji stoi cenzura. Jak podaje "Hollywood Reporter" żadna kalifornijska produkcja nie ma w Chinach potwierdzonej daty premiery do końca roku.
    "Matrix: Zmartwychwstania" też jej nie ma, ale dostał niejako gwarancję, że Chińczycy będą mogli wybrać się na niego do kina pod koniec grudnia albo na początku 2022 roku. A to dużo. Bo nawet jeśli film trafi do ograniczonej dystrybucji, producenci zyskają krocie.
    logo
    Fot. Kadr z filmu "Matrix: Zmartwychwstania"
    Poprzednie części "Matrixa" zarobiły kokosy dla swoich twórców, mimo że nie były oficjalnie wyświetlane w kinach. Seria "Transformers" to jeden z największych komercyjnych hitów w Chinach. Cyfrowa rzeczywistość i nowe technologie w produkcjach to młyn na rynek chiński. Warto było wyprodukować kolejną odsłonę "Matrixa", żeby chociaż tam zarobić trochę grosza.

    Czy wszyscy żyjemy w Matrixie?

    Fani serii Wachowskich zacierają ręce. Choć trudno oprzeć się wrażeniu, że w czasie, gdy platformy streamingowe cieszą się większą popularnością niż kino, producenci filmowi ratują się wzywaniem wszystkich ikon kina na pokład.
    Zwróćcie uwagę na liczbę mnogą w tytule filmu, ona nie jest przypadkowa. Wyciągamy wszystkich z grobów, żeby zarobić trochę hajsu.
    Od pewnego czasu mam wrażenie, że filmowcom brakuje pomysłu na kolejne filmy. Świadczy o tym, chociażby najgorszy na świecie pomysł, żeby nagrać remake "Kevina samego w domu".
    A Timothy Chalamet w kolejnej odsłonie "Charliego i fabryki czekolady"? To jakby zagranie na hasło: Millennialsi to lubili, a teraz zarabiają trochę szmalu, weźmy ich do kina w podróż sentymentalną.
    logo
    Fot. Kadr z filmu "Matrix: Zmartwychwstania"
    Platformy streamingowe też idą na łatwiznę. Choć rynek krajowych produkcji filmowych pod flagą Netflixa rozwija się jak nigdy w historii, to co miesiąc na liście nowości lądują hollywoodzkie evergreeny. Nawet nie o filmy chodzi, bo wielki powrót "The Office" czy "Kronik Seinfelda" to znak czasów, w których tworzenie nowego, które rozbawi widzów jak stare, jest bardzo trudne.
    Czy to "koniec filmowych historii", parafrazując Fukuyamę?
    Sprawdźmy na przykładzie "Matrixa", by przekonać się, czy komputerowa rzeczywistość algorytmów zatoczyła koło i naprawdę nie ma od nich ucieczki. Być może zostaniemy uwięzieni w krainie przebrzmiałych seriali i remake'ów filmów już na zawsze.