
Long-johny, jegiery czy po prostu kalesony. Choć widok facetów w bokserkach, sportowych legginsach czy spódnicy już nie dziwi, nogi odziane w kalesony wzbudzają śmiech i pogardę, a ja wam powiem: nic się nie znacie, kalesony należy uwielbiać.
REKLAMA
Zauważałem, że dziewczynki z przedszkola też nosiły rajstopy. Wydawało mi się, że to nie ok, że inni chłopcy ich nie noszą. A raczej mi się wydawało, że nie noszą. Czasy były inne, garderoba musiała podkreślać różnicę płci. Tylko te rajstopy były trochę międzygenderowym łącznikiem.
Ciężko było się w nich bawić i co chwila moja ręka wędrowała ku spodniom, żeby podciągnąć zjeżdżające z tyłka warstwy.
Każdego kolejnego dnia na widok czekających na łóżku rajstop, zaczynałem się buntować. Nie chciałem ich nosić. "Są dla dziewczyn, są niewygodnie, drapią i w ogóle" - mówiłem moim cienkim dziecięcym głosikiem, albo mi się wydaje, że mówiłem.
Miałem gdzieś, że ciepło mi było w nogi, mogłem zjeżdżać na sankach czy jeździć na gołym tyłku po śniegu. Wtedy jakoś związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy rajstopami a uczuciem ciepła nie był dla mnie jasny.
Gdy w podstawówce matka przyniosła z bazaru coś ciemno-zielonego, wyglądającego jak słabej jakości dresy czy wymiętolone przez dzikie zwierzęta rajstopy leśnika i ogłosiła odkrycie bielizny termicznej, chciałem wiać. Naprawdę.
Bywały dni, gdy po przyjściu do szkoły, zamykałem się najpierw w toalecie, żeby zdjąć kalesony, zanim wejdę do szatni i zmienię kapcie.
Razem z kolegami śmiałem się z chłopaków, którzy nosili kalesony zimą. Rówieśnicy potrafili ściągnąć komuś spodnie na środku korytarza i śmiać się z tego, że włożył "gacie starego". Nie chciałem być ofiarą.
Nie wspomnę o tym, jak w szkole średniej gardziłem wszelkimi dodatkowymi warstwami. Wyjątkiem były bluzy z kapturem. Ich mogłem mieć dużo. Ale kostki były gołe, buty były krótkie, jeansy były cienkie i o żadnych kalesonach nie mogło być mowy.
Studia? Phi. Dalej gardziłem kalesonami, choć już byłem na tyle przemarznięty przez wszystkie lata, że kupiłem sobie porządne buty na zimę i wkładałem dodatkowy podkoszulek.
Moja miłość do kalesonó zaczęła się, gdy zmieniłem pracę. Musiałem dojeżdżać kilkanaście kilometrów spod Warszawy. By nie gnić w korkach, wybrałem komunikację miejską. A to wiązało się z czekaniem, czekaniem, czekaniem.
Po pierwszym miesiącu jesienno-zimowych wędrówek przeprosiłem się z kalesonami. Kupiłem dobrą bieliznę termiczną. I o dziwo - było mi ciepło, nikt się ze mnie nie śmiał i nie chciał mi zdjąć spodni na przystanku, a w pracy nawet się pytali, gdzie je kupiłem.
Może i kalesony kojarzą się z bielizną z ubiegłego wieku, z białymi galotami lub czerwonymi kombinezonami z amerykańskich westernów. Nie patrzcie na to.
Wierzę głęboko w to, że dodatkowa warstwa na nogach nie raz uchroniła mnie przed przeziębieniem. A kto raz w życiu miał zapalenie pęcherza, ten wie, że w zimie ścisłe gatki na nerkach to najlepsi przyjaciele człowieka.