karate
Mój syn jest dręczony na zajęciach karate. Trener: "Musi sobie sam radzić" Fot. Unsplash

Usiedli na nim, okradli i nie ponieśli konsekwencji. Artur nie może znieść faktu, że jego syn stał się ofiarą rówieśniczej przemocy. Tym bardziej, że dorośli, do których syn zwrócił się o pomoc, nie zareagowali.

REKLAMA
  • Artur opisał nam wstrząsającą sytuację, która miała miejsce na treningu karate w grupie jego syna.
  • "Dwóch chłopców dopadło w szatni mojego syna. Usiedli na nim, przegrzebali mu kurtkę i ukradli drobne pieniądze".
  • Trener, któremu chłopak się poskarżył powiedział: "Po to chodzisz na karate, żeby umieć bronić się w takich sytuacjach".
  • Mój syn jest w 4 klasie. Od ubiegłego roku chodzi na karate do pobliskiej szkółki. W tym roku dołączyło do niego dwóch chłopców z jego szkoły, z którymi zna się na "cześć". Chłopcy są w tym samym wieku, ale chodzą do klasy równoległej.
    Od miesiąca nie możemy poradzić sobie z tym, co wyczyniają na zajęciach. Syn przychodzi pobity, zmęczony i zmaltretowany ciągłymi zaczepkami z ich strony.
    Na początku bagatelizowałem sprawę, bo wydawało mi się, że może źle sparował uderzenia albo tamci zbyt serio potraktowali trening. Jednak sytuacja się przeciąga oraz wyszła już poza treningowe ramy.
    Na ostatnich zajęciach tych dwóch chłopców dopadło w szatni mojego syna. Usiedli na nim, przegrzebali mu kurtkę i ukradli drobne pieniądze i batona, którego miał w kieszeni.
    Mój syn od razu poszedł do trenera i powiedział, co się stało. Usłyszał: "Po to chodzisz na karate, żeby umieć bronić się w takich sytuacjach".
    Zupełnie się z tym nie zgadzam. Kilka godzin później sam zadzwoniłem do trenera, żądając wyjaśnień. "Takie sytuacje się zdarzają, niech syn sobie sam radzi, to zbuduje mu charakter".
    Nie przytoczę, jakie słowa wyszły z moich ust po tej rozmowie. Na razie jestem w czasie dyskusji z partnerką. Ona uważa, że trzeba rozmawiać z nieletnimi i pozwolić im wyjaśnić sprawę 2:1.
    Żona chce zaprosić chłopców do naszego domu i porozmawiać z nimi w komfortowych warunkach. Nie zgodziłem się.
    Moim zdaniem to poroniony pomysł, żeby zabierać naszemu dziecku bezpieczną, domową przestrzeń i zapraszać do niej kolegów, którzy go biją.
    Zaproponowałem rozmowę rodzicom tych chłopców, ale zaproszenie zostaje bez odpowiedzi. Myślę o tym, abym tym razem wezwać ich do rozmowy z pomocą trenera oraz dyrektora szkoły karate.
    Moim kumple mówią, że powinienem po prostu powiedzieć synowi, aby oddał. Jako dorosły, który był gnębiony w szkole, wiem, że to nic nie da, a może jeszcze pogorszyć sytuację mojego syna.
    Moglibyśmy zmienić szkołę karate, ale zajęcia odbywają się dosłownie 100 metrów od nas, kadra ma bardzo dobre opinie i zdobyła wiele nagród, a młody tak naprawdę pokochał swojego senseia i grupę, z którą ćwiczy.
    Tylko tych dwóch chłopaków jest problemem. Co jeszcze mogę zrobić?