Opieka nad psem to nie to samo, co wychowanie dziecka. Mam dość tego
Opieka nad psem to nie to samo, co wychowanie dziecka. Mam dość tego Fot. Pexels
Reklama.
  • "Wiem, co czujesz, bo mam psa" - właściciele zwierząt lubią porównywać opiekę nad nimi do wychowywania dzieci.
  • Różnice w sposobie opieki i bagażu emocjonalnym są jednak zatrważające.
  • Powyższy tekst ma być żartem, ale czasem bywa deprecjonowaniem pracy rodziców.
  • Jakoś mam dość już tego szczebiotania "psiarzy", że dokładnie wiedzą, o czym mówię, gdy rozmawiamy o dzieciach, bo przecież w domu mają pupila.
    Pewnie, gdy adoptowaliście swojego pieska lub kupiliście, poczuliście dozgonną miłość. Czasem trudną, która musiała zostać wykuta przez miesiące nauki niesikania na dywan, ale w końcu się udało.
    Widzicie pyski swoich zwierząt i zastanawiacie się, jak można być takim słodziakiem. Pies zawsze kocha, nigdy nie zdradzi, nie pójdzie do terapeuty, żeby wyleczyć się z waszego "rodzicielstwa".
    Pewnie, posiadanie zwierzaka ma wiele plusów. Przede wszystkim emocjonalnych. Tak rodzice ze zwierzakami w domach wychowują empatyczne i opiekuńcze dzieci.
    Jednak nadal różnica pomiędzy rodzicielstwem a opieką nad zwierzętami jest tak wielka, że nie ma co kłaść ich na jednej szali.
    Wychowanie dziecka to wieloletnia praca nas zrozumieniem siebie, swoich reakcji, poukładanie sobie w głowie, jak wyglądało nasze dzieciństwo i zmierzenie się z nową rolą w życiu.
    Wyjście ze szpitala z noworodkiem w ramionach to początek życiowej rewolucji. Rodziców czeka kilka miesięcy deprawacji snu, nieustannego strachu o zdrowie dziecka i tysiące złotych do wydania na szczepienia, pieluchy i gadżety dla dziecka. Kosztów zupełnie niewspółmiernych z tym, ile wydają właściciele psów.
    Pewnie ktoś zaraz napisze komentarz, że jego psiak był kiedyś chory i wydał grube setki na leczenie. Halo! Rodzice też to robią, gdy ich dzieci są chore. Gdy choroba jest poważna, to wizyty u lekarzy i rachunki się nie kończą.
    Kilka razy słyszałam, że ktoś musi zrywać się z imprezy, bo musi wyprowadzić psa albo opiekuje się zwierzakiem znajomych i wskoczy tylko nasypać karmę do miski. Jednak nikt nie zrywał się od razu z miejsca. W dodatku mógł sprawować pieczę nad psem po pijaku.
    Dziecku, za przeproszeniem, nie rzucisz żarcia na podłogę i nie ruszysz na spacer z wózkiem, będąc na bani.
    W rodzicielstwie dochodzi aspekt psychologiczny, wszystkie rzeczy, które robimy, wpływają na rozwój emocjonalny naszych dzieci. Pojedyncza irytacja może zostać przez nasze dziecko zapamiętana i zburzyć zaufanie, które budowaliśmy przez lata.
    Powiecie, że z psami jest podobnie? Pewnie tak, ale na znacznie mniejszą skalę. Hordy wściekłych psów nie będą w przyszłości serwowały nam kawy, zarządzały naszymi oszczędnościami w banku i ustanawiały prawa. Zostaną psami już na zawsze.
    Nie mówiąc już o tym, że łączenie home office'u z opieką nad dziećmi kontra opieką nad zwierzętami, była dla rodziców o wiele bardziej wyczerpująca.
    A schodząc z tonu, czy naprawdę mówiąc te rzeczy, macie na myśli, że wyjście dwa razy na kupkę i monotonna karma ze zmielonych warzyw, to samo, co robią rodzice z dziećmi?
    Ja wiem, że chodzi wam o miłość i opiekę, ale różnice są zbyt duże.
    Świetnie ujął to Jeremy Wilson w Fatherly. Chcesz zobaczyć różnicę? Odpowiedz sobie na te pytania:
  • Czy możesz wyjść z domu o każdej porze, w dzień i w nocy, zostawiając "dziecko" bez nadzoru?
  • Czy możesz zostać na imprezie tak długo, jak chcesz, pod warunkiem, że zostawiłeś dla "dziecka" trochę jedzenia?
  • Czy możesz leżeć i nic nie robić cały dzień i twoje "dziecko" nie będzie miało nic przeciwko?
  • Czy twoje dziecko może sikać w dowolnym miejscu na podwórku?
  • Czy możesz jechać sobie na wakacje i zostawić "dziecko" u zupełnie obcych znajomych lub hotelu?
  • Czy zapłaciłeś za to, żeby nie mieć żadnych "wnucząt"?
  • Czy robi to, co chcesz, bez mrugnięcia okiem i narzekania, że znowu czegoś od niego chcesz?
  • No właśnie.