<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[dadHero.pl - BOHATEROWIE]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii BOHATEROWIE w dadHero.pl]]></description>
		<link>https://dadhero.pl/c/403,bohaterowie</link>
				<generator>dadhero.pl</generator>
		<atom:link href="https://dadhero.pl/rss/kategoria,403,bohaterowie" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/293891,jakub-kiwior-poswiecil-zycie-pilce-mogl-to-zrobic-dzieki-wsparciu-taty</guid><link>https://dadhero.pl/293891,jakub-kiwior-poswiecil-zycie-pilce-mogl-to-zrobic-dzieki-wsparciu-taty</link><pubDate>Fri, 21 Jun 2024 16:41:08 +0200</pubDate><title>Rzucił własną firmę, by jego syn mógł grać w piłkę. Tata Jakuba Kiwiora to prawdziwy bohater</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/4969895207962e2b439bba56d763a946,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Reprezentacja Polski w drugim meczu podczas Euro 2024 zmierzy się z Austrią. W tym spotkaniu ostoją naszej obrony będzie znów 24-letni Jakub Kiwior. W piłkę gra od czwartego roku życia, a na pierwszy trening zaprowadził go jego tata. Piotr Kiwior nie tylko odkrył talent syna, ale też sporo poświęcił, by ten talent pielęgnować. Gdy 16-letni Jakub dostał propozycję gry w Brukseli, jego tata zawiesił własną firmę i wyjechał z nim do Belgii, by chłopak nie czuł się tam samotny. A na miejscu przez ponad dwa lata mu gotował, prał i woził go na treningi. Gdy będziecie oklaskiwać Jakuba Kiwiora, pamiętajcie, że nie grałby dla Polski, gdyby nie jego tata.

– Może pan próbować, ale Piotr raczej nie będzie chciał o tym mówić – słyszę od Krzysztofa Bergera, pierwszego trenera Jakuba Kiwiora. – On naprawdę dużo poświęcił dla Kuby, ale nie lubi o tym mówić, bo uważa, że to nic niezwykłego, że ojciec powinien wspierać syna – dodaje. Berger dobrze zna Piotra Kiwiora, kiedyś grali razem w amatorskiej lidze piłkarskiej, a potem regularnie widywali się, na treningach Chrzciciela Tychy, w którym karierę zaczynał Jakub. I nie myli się – tata naszego reprezentanta nie chce rozmawiać o tym, jak wspierał swojego syna. Nie widzi w tym niczego wyjątkowego – ot, syn chciał grać i rozwijać talent, to trzeba mu było pomóc.
Wszystko dla syna
Na szczęście inne zdanie na ten temat ma sam Jakub Kiwior. To on w rozmowie z dziennikarzami ujawnił, że gdy w wieku 16 lat dostał propozycję gry w Anderlechcie Bruksela, jego tata z dnia na dzień zawiesił działalność swojej firmy remontowej, żeby pojechać z synem do Belgii.
– Rodzice postawili sprawę jasno. Tata od razu powiedział, że w wieku szesnastu lat nie puści mnie samego. Był gotowy się poświęcić, żebym miał jak najlepsze warunki do rozwoju i nie musiał iść do internatu, nie został sam w obcym kraju. Łatwo byłoby się załamać i zrazić już na początku. Ustaliliśmy więc, że jedziemy we dwójkę, a mama zostaje z bratem w Tychach – powiedział nasz reprezentant w wywiadzie dla weszlo.com. Jak ujawnił, jego tata postawił wtedy szefom Anderlechtu jeden warunek – Kuba przejdzie do ich klubu, jeśli zapewnią mieszkanie, w którym on będzie mógł mieszkać z synem.
Choć Piotr Kiwior wyjechał z Kubą do Brukseli po to, by ten nie czuł się tam samotny i zagubiony, miał z kim porozmawiać i komu zwierzyć się z problemów, to szybko przejął też inne role. Nie miał też pracy, więc postanowił zająć się domem, a przede wszystkim synem. – Tata mi tam gotował, dbał o moją dietę, prał, sprzątał. Nawet teraz się śmieje, gdy wie, że po treningu idę do restauracji, zamiast coś sobie przyrządzić, że jednak nie mogę mieszkać samemu – opowiadał Kuba Kiwior. 
Tata jak anioł stróż
Jego tata żył tak przez niemal trzy lata, do czasu, gdy na początku 2019 roku jego syn przeniósł się do słowackiego klubu Železiarne Podbrezová. Młody piłkarz zamieszkał wtedy w hotelu, a jego tata wrócił do Tychów, do żony i drugiego syna. Mógł to zrobić już wcześniej, bo gdy Kuba zaaklimatyzował się już w Anderlechcie, namawiał go, by wrócił do Polski. Widział, że jego tata trochę się męczy tym monotonnym życiem w Brukseli. Ale Piotr Kiwior nawet nie chciał o tym słyszeć.
– Działo się to już po skończeniu przeze mnie osiemnastki. Wiedział, że nie mówię mu tego, bo chcę coś nabroić, że treningu tak czy siak nie zawalę, bo pewnych rzeczy twardo się trzymałem. Widziałem jednak, jak od pewnego momentu cieszyły go wyloty do kraju, że mógł znów porobić to czy tamto – wyznał nasz reprezentant. 
Jak dodał, było mu żal, że jego tata stracił swoje dotychczasowe życie. On sam po pewnym czasie oswoił się już z nową rzeczywistością, poznał język francuski, zdobył nowych znajomych, z którymi wychodził na miasto. A jego ojciec głównie siedział w domu i gdy ogarnął już zakupy, gotowanie, pranie i sprzątanie, to czytał albo oglądał telewizję. – Tata większość życia przepracował na budowie, wstawał rano, wracał po iluś godzinach, miał swój rytm. Nie dziwię się więc, że chwilami go nosiło i poszedłby gdzieś do roboty tylko po to, żeby się spocić i zrobić coś konkretnego. Dostrzegałem to, dlatego odchodząc z Anderlechtu, od razu zaznaczyłem, że on wraca do Polski, a ja zaczynam się usamodzielniać – powiedział w tym samym wywiadzie obrońca Arsenalu.
Najwierniejszy kibic
Pan Piotr przystał na ten układ. Ale nadal wspierał syna. Gdy ten grał w Podbrezovej, swoim pierwszym seniorskim klubie, tata przyjeżdżał na każdy jego mecz. Także później, gdy Jakub przeszedł do innego słowackiego klubu, MŠK Žilina. To o tyle łatwe, że z Tychów na Słowację miał tylko dwie godziny drogi samochodem, a mecze odbywały się zwykle w weekendy. Te podróże skończyły się, gdy młody piłkarz w 2021 roku trafił do włoskiego Spezia Calcio, skąd na początku ubiegłego roku przeszedł do legendarnego Arsenalu Londyn. 
Choć dziś Jakub nie potrzebuje już wsparcia ojca, doskonale pamięta jego poświęcenie. – To było bardzo jakby ryzykowne i też wspaniałe, co on zrobił dla mnie. Jednak zawieszając firmę i wyjeżdżając ze mną do Brukseli, gdzie nie ma pracy, nie ma praktycznie co robić, tylko opiekować się mną i robić tak, żebym ja się czuł bezpiecznie i żebym miał z kim porozmawiać. To na pewno jest bardzo ciężkie do zrealizowania i jestem mu za to wdzięczny do teraz – wyznał rok temu piłkarz w rozmowie z dziennikarzem sportowym Mateuszem Święcickim.

                
                    
                
                Nierozłączni
To, że Piotr Kiwior bez wahania zrezygnował ze swojego życia, by towarzyszyć swojemu nastoletniemu synowi w Brukseli, nie jest zaskoczeniem dla jego znajomych. Bo wspierającym tatą był zawsze. To on przyprowadził czteroletniego Kubę na pierwsze zajęcia w parafialnym klubie Chrzciciel Tychy. Krzysztof Berger pamięta, że potem Kiwior był na każdym treningu syna. Nie tylko odprowadzał go do klubu, ale obserwował z trybun. Musiał siedzieć przy boisku, bo gdyby nie jego obecność, mały Kuba po prostu nie chciałby trenować. 
To był efekt nieprzyjemnego incydentu, który miał miejsce na samym początku piłkarskiej przygody obecnego gracza Arsenalu. Któregoś dnia podczas treningu w hali odbita od ściany piłka mocno uderzyła go w twarz. Kilkuletniego wtedy Kubę ten cios ściął z nóg. Od tamtej pory nie chciał chodzić na treningi, mimo że piłkę kochał. Przekonał go właśnie tata – obiecał, że będzie z nim na zajęciach, czy to w hali czy na boisku na zewnątrz. I zawsze siadał w takim miejscu, by Kuba mógł go widzieć. Raz, gdy w trakcie zajęć pan Piotr musiał na chwilę wyjść, syn wybiegł go szukać. Wrócił dopiero wtedy, gdy wrócił tata.

                
                    
                
                Takich rozstań nie było jednak wiele, bo pan Piotr, wiedząc o tym, że syn potrzebuje jego wsparcia, właściwie był z nim nierozłączny. Przychodził nie tylko na treningi, ale też jeździł na wszystkie turnieje, w których uczestniczyła drużyna Chrzciciela Tychy, a potem Gromu Tychy, drużyny, do której Jakub dołączył, gdy miał 6 lat. Kiwior senior pomagał nie tylko synowi, ale też klubowi. Gdy było trzeba, robił za szofera – wsiadał w busa i wiózł małych piłkarzy na zawody. 
W ten sposób spędził wiele wolnych od pracy weekendów. Późniejszy wyjazd do Brukseli, który na ponad dwa lata zmienił życie rodziny Kiwiorów, dla pana Piotra był niejako naturalną konsekwencją wszystkiego tego, co wcześniej robił dla syna. On po prostu nie mógł zdecydować inaczej. I dlatego dziś nie widzi w tym niczego niezwykłego.
Od tego jest ojciec
Jeszcze przed debiutem w seniorskiej reprezentacji Polski Jakub Kiwior został zapytany o to, czy nie żałuje, że tak wcześnie zaczął swoją karierę piłkarską. Odparł, że nie żałuje, bo dla niego od dziecka najważniejsza była piłka. I dodał, że jego tata często mu powtarza, że nie miał normalnego dzieciństwa jak jego rówieśnicy, bo gdy oni spędzali czas na zabawie, on chodził na treningi i jeździł na turnieje. 
Warto jednak zauważyć, że normalnego życia nie miał też sam pan Piotr. Gdy inni ojcowie relaksowali się po pracy, on siedział na trybunach, by mały Kuba miał poczucie bezpieczeństwa. Gdy inni ojcowie wysypiali się w weekend, on wiózł syna na mecz czy turniej. Gdy inni ojcowie rozwijali swoje kariery, on zawiesił działalność firmy i wyjechał za granicę, tylko po to, by jego dziecko mogło skorzystać z szansy na rozwój. I on też tego nie żałuje. Przecież właśnie od tego jest ojciec. 
Źródło: weszlo.com, Instagram/matiswiecicki

]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/4969895207962e2b439bba56d763a946,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/4969895207962e2b439bba56d763a946,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jakub Kiwior zadebiutował w reprezentacji Polski w cerwcu 2022 roku. Do tej pory rozegrał w kadrze 24 spotkania.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/293849,tata-nicoli-zalewskiego-to-wzor-ojca-bez-niego-nie-byloby-go-w-kadrze</guid><link>https://dadhero.pl/293849,tata-nicoli-zalewskiego-to-wzor-ojca-bez-niego-nie-byloby-go-w-kadrze</link><pubDate>Sun, 16 Jun 2024 14:26:29 +0200</pubDate><title>Nicola Zalewski jest gwiazdą dzięki tacie. Niewielu ojców stać na takie poświęcenie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/feece94824ea55b248745f735d8bed72,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ludzie ciężko chorzy mają różne marzenia. Przede wszystkim chcą wyzdrowieć, a gdy wiedzą, że to niemożliwe, to chcą przeżyć jeszcze jakiś piękny moment. Pan Krzysztof Zalewski marzył o tym, by przed śmiercią zobaczyć, jak jego syn debiutuje w reprezentacji Polski. Doczekał tej chwili. Gdy Nicola wyszedł na boisko, jego tata zalał się łzami. By przeżyć ten moment, poświęcił wiele lat swojego życia. Gdyby nie pan Krzysztof, Nicola nie grałby dziś na Euro, być może nie byłby piłkarzem. 

Był 5 września 2021 roku, reprezentacja Polski grała mecz z San Marino. Przez całą pierwszą połowę Nicola Zalewski siedział na ławce rezerwowych. Polscy kibice obecni wtedy na stadionie w Serravalle nie liczyli na to, że go zobaczą na murawie. Były jednak trzy osoby, które bardzo tego pragnęły – rodzice i siostra młodego piłkarza. Kiedy w 66. minucie Nicola wszedł na boisko, jego tata rozpłakał się i już do końca meczu nie mógł powstrzymać łez. 
– Jako ojciec nawet w najskrytszych marzeniach nie myślałem, że Nicola może zadebiutować w wieku 19 lat. Kiedyś, może tak. Ale że aż tak szybko i tak dobrze? Nie spodziewałem się tego. Co tu kryć, były łzy radości – powiedział później w rozmowie z dziennikarzem TVP Sport. Kolejnych występów syna w reprezentacji Polski już nie zobaczył – zmarł 18 dni później po długiej walce z rakiem.
Reprezentacja Włoch? Nie ma mowy
Fakt, że Nicola Zalewski najpierw grał w młodzieżowej reprezentacji Polski, a teraz razem z tą seniorską występuje na mistrzostwach Europy, to zasługa jego ojca. Chłopak urodził się i wychował we Włoszech, tam nauczył się grać w piłkę. Mógł grać we włoskiej kadrze, bo dostał taką ofertę. Nie zgodził się na to jego tata. 
– Syn miał propozycje, by grać we włoskiej reprezentacji. Nie był jeszcze pełnoletni i odpowiedziałem w jego imieniu. Odmówiłem. Cała nasza rodzina, w tym żona i 29-letnia córka, ma tylko jeden paszport: polski. Nicola to w stu procentach Polak i tutaj nie ma się nad czym zastanawiać – wyznał Krzysztof Zalewski w rozmowie z serwisem WP Sportowe Fakty.
Gdyby nie tata, Nicola nie tylko nie byłby reprezentantem Polski. Prawdopodobnie nie byłby piłkarzem. Jako dziecko mieszkał z rodziną w oddalonej 60 kilometrów od Rzymu maleńkiej wsi Poli, w której jego rodzice osiedli, gdy pod koniec lat 80. wyemigrowali z Polski. W piłkę zaczął grać w tamtejszym klubie SPES. Jego pierwsi trenerzy od razu zobaczyli, że Nicola ma wyjątkowy talent, bo na boisku jest lepszy od starszych i silniejszych kolegów. 
Ale talent trzeba rozwijać, na co w Poli nie było szans. Nicola miał jednak szczęście. Gdy miał 9 lat, do jego wioski przyjechał łowca talentów z legendarnego klubu AS Roma. – Ktoś komuś powiedział i tak rozeszła się fama, że jest chłopak, który tu trenuje i nieźle się prezentuje. Ten człowiek odnalazł mnie wśród rodziców na meczu syna i się przedstawił. Myślałem, że sobie jaja robi. Poszliśmy na piwo, pośmialiśmy się, złapaliśmy dobry kontakt. Syn dostał wybór: możesz od jutra grać w Romie, ale kwestie dojazdów pozostają po waszej stronie – wspominał później ten moment Krzysztof Zalewski.
Codziennie 60 kilometrów na trening
Zaproszenie do trenowania w tym słynnym klubie, w którym grał kiedyś Zbigniew Boniek, było dla Nicoli ogromną szansą. Ale żeby z niej skorzystać, jego tata musiał wiele poświęcić. Krzysztof Zalewski miał wówczas własną firmę, zajmował się remontami i wykończeniem wnętrz. Musiał więc wszystko zorganizować tak, by odbierać syna ze szkoły i zawozić go do Rzymu na treningi. 
Gdy nie mógł się wcześniej zerwać, syna odbierała mama i wiozła na autostradę, gdzie przejmował go tata. – Przez pięć lat codziennie dowoziłem Nicolę na treningi 60 kilometrów w jedną stronę. Zostawiałem syna pod bramą ośrodka treningowego i czekałem w furgonie. W zimę, bez ogrzewania. Czasem wstyd było nawet wysiadać z auta, bo jeździłem prosto z pracy, piachem ubrudzony” – opowiadał ojciec naszego reprezentanta w wywiadzie dla portalu WP Sportowe Fakty.
Z czasem łączenie pracy z dowożeniem syna do szkoły stało się niewykonalne. Krzysztof Zalewski postanowił wtedy, że zamknie firmę. Od tego momentu był skupiony jedynie na wspieraniu kariery syna. Pomogła mu w tym jego mama, czyli babcia Nicoli, która przysyłała z Polski pieniądze, co ratowało rodzinny budżet. 
To jednak nie wystarczyło. Codzienne dojeżdżanie z Poli do Rzymu było zwyczajnie męczące, zwłaszcza że treningi kończyły się po godzinie 22. W pewnym momencie pan Krzysztof postanowił więc, że wynajmie mieszkanie w stolicy, tuż przy ośrodku AS Roma. Przeprowadził się tam z synem, a do domu wracał na weekendy.

                
                    
                
                
Taki ojciec to skarb
To poświęcenie się opłaciło, bo Nicola w rzymskim klubie rozwinął swój talent. Regularnie grał w drużynach młodzieżowych, a w maju 2021 roku, w wieku zaledwie 19 lat, zagrał w pierwszej drużynie Romy. Szefowie klubu docenili nie tylko talent Nicoli, ale też zaangażowanie jego taty. Gdy dowiedzieli się, że pan Krzysztof rzucił pracę, by wozić syna na treningi, a potem przeniósł się z nim do Rzymu, zaoferowali mu posadę w AS Roma. Od tego momentu tata Zalewskiego mógł nie tylko opiekować się synem, ale też zarabiać.
Włodarze AS Romy zachowali się pięknie także wtedy, gdy pan Krzysztof dowiedział się, że ma raka. Natychmiast zajęli się nim m.in. lekarze tego klubu. Mimo terapii choroba postępowała jednak błyskawicznie. – Niestety, to nowotwór galopujący, z przerzutami. Po sześciu miesiącach chemioterapii było dobrze, później miałem zapaść i w ostatniej chwili mnie "wyciągnęli". Niedawno po prostu przestałem oddychać i było naprawdę groźnie. Ale wierzymy, jesteśmy pełni optymizmu. Ja się nie poddaję — wyznał Krzysztof Zalewski w cytowanej już rozmowie z WP Sportowe Fakty. 
W tym samym wywiadzie zdradził, że marzy o tym, by doczekać momentu, gdy Nicola zagra swój pierwszy mecz w reprezentacji Polski. Nie młodzieżowej, ale tej „dorosłej”. Dlatego tak się ucieszył, gdy latem 2021 roku ówczesny selekcjoner naszej kadry, Paulo Sousa, powołał Zalewskiego na mecze eliminacji mistrzostw świata z San Marino, Albanią i Anglią. Nicola zagrał tylko w tym pierwszym spotkaniu. Potem opuścił kadrę z powodu śmierci ukochanego taty.
O tym, ile zawdzięcza swojemu ojcu, Nicola Zalewski napisał w poście, który opublikował 24 września 2022 roku, w pierwszą rocznicę jego śmierci. "Jak ten czas leci, minął już rok, odkąd cię tu nie ma. A wydaje się, jakby to było wczoraj. Spójrz na to zdjęcie… Zawsze to było twoim marzeniem, NASZYM marzeniem. Zawsze mi mówiłeś: 'Czekam tylko na twój debiut w reprezentacji, potem mogę odchodzić'. Dziś żyję naszym marzeniem na całego, ale bez ciebie, wiedząc jednak, że zawsze jesteś ze mną – nawet jeśli nie fizycznie.
Tyle dni przeżytych wspólnie, tyle śmiechu, dyskusji, radości i cierpień… Zawsze wszystko razem, ponieważ to zawsze odróżniało nas od reszty. Jeśli dziś stałem się takim człowiekiem to muszę podziękować przede wszystkim tobie, twoim wskazówkom. Dałeś mi prawdziwie zrozumieć wartość każdej pojedynczej rzeczy, każdej pojedynczej osoby i każdej chwili. Wszystko, co robię, robię wyłącznie dla ciebie, mamy, babci i dla koccy. Jestem pewny, że jesteś ze mnie dumny. Bardzo mi cię brakuje, tato" – napisał piłkarz. 

                
                    
                
                
Miejmy nadzieję, że podczas dzisiejszego meczu z Holandią, a także podczas późniejszych spotkań z Austrią i Francją zawodnik AS Romy da polskim kibicom powód do radości. A jeśli tak się stanie, to powinni oni być wdzięczni nie tylko Nicoli Zalewskiemu, ale też jego tacie. Bez niego, jego determinacji, wiary w syna i ojcowskiej miłości nie byłoby tej pięknej sportowej kariery.
Źródło: WP Sportowe Fakty, reportaż Mateusza Święcickiego "Chłopak ze złota"




]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/feece94824ea55b248745f735d8bed72,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/feece94824ea55b248745f735d8bed72,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nicola Zalewski debiutował w reprezentacji Polski 5 września 2021 roku. W niedawnym meczu z Turcją zdobyłswojego pierwszego gola dla biało-czerwonych.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/293558,zamierza-przejsc-31-maratonow-w-31-dni-by-pomoc-chorym-na-depresje</guid><link>https://dadhero.pl/293558,zamierza-przejsc-31-maratonow-w-31-dni-by-pomoc-chorym-na-depresje</link><pubDate>Tue, 23 Apr 2024 11:37:34 +0200</pubDate><title>Pokonał depresję i otyłość, teraz zbiera pieniądze na pomoc innym. W maju chce zrobić 31 maratonów</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/b1adf3a6296333934f28b3c130f2b202,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W Polsce wciąż niewielu mężczyzn otwarcie mówi o swoich problemach ze zdrowiem psychicznym. Jednym z tych, którzy nie wstydzą się tego tematu jest Piotr Konopka. Nie tylko opowiedział o swojej walce z depresją, ale też postanowił wspierać w tej walce innych. W maju chce codziennie przejść maraton, aby zebrać pieniądze na Antydepresyjny Telefon Zaufania.

Ponad 42 kilometry dziennie i tak przez 31 dni. Ten plan wydaje się szalony, choć w przypadku Piotra Konopki jest realny. On od dłuższego czasu każdego dnia podczas spaceru pokonuje około 30 kilometrów. Dziś to dla niego normalne, choć jeszcze niedawno nie wychodził z domu, a przez gigantyczną nadwagę niemal nie był w stanie chodzić. 
– Na początku 2022 roku miałem epizod depresyjny związany z sytuacją rodzinną. Brak chęci do życia, zamknięcie się w domu i monstrualna otyłość – w szczytowym momencie ważyłem 155 kg. Czułem, że jestem na krawędzi – wyznał w niedawnym wpisie na Instagramie.
Krok po kroku
Dziś jest w zupełnie innym punkcie życia dzięki temu, że nie wstydził się prosić o pomoc. Zgłosił się do psychiatry, szukał wsparcia u bliskich. Dzięki temu znalazł sposób na zrzucenie nagwagi i walkę o zdrowie psychiczne. Tym sposobem były codzienne spacery.
 – Początkowo dałem radę przejść 7153 kroki, co dla tamtego mnie było ogromnym wyczynem. Zacząłem chudnąć, a świat zaczął nabierać kolorów. Zobaczyłem nadzieję – wspomina dziś Piotr Konopka, który cały proces wychodzenia z kryzysu opisał w książce "Jak schudłem 50,5 kg w 5 miesięcy i 5 dni".

                
                    
                
                Zwykłe spacery z czasem przestały mu wystarczać. Konopka zaczął wydłużać dystanse, chodzenie zaczął traktować jak sport wyczynowy. – Zacząłem się ścigać sam ze sobą pod względem liczby kroków. We wrześniu 2023 roku przeszedłem najdłuższy wówczas dystans 780.000 kroków. I jako swój wewnętrzny challenge postanowiłem, że w październiku osiągnę poziom miliona kroków. Wygrałem. Przeszedłem 1.202.000 kroków! – wspomina. To grubo ponad 900 kilometrów w 31 dni.
Maratony wsparcia
To właśnie tamten wyczyn sprawił, że Piotr Konopka postawił sobie kolejny cel – 1,5 miliona kroków w miesiąc. Żeby to osiągnąć, każdego dnia musi przejść 50 tys. kroków, czyli około 42 km. Dystans maratonu. Tym razem jednak swój prywatny challenge Konopka postanowił połączyć ze zbiórką pieniędzy na pomoc tym, którzy są są w takiej sytuacji, w jakiej on był jeszcze dwa lata temu. 
– Przez ten czas wielokrotnie rozmawiałem z przyjacielem, Rafałem Ferberem. Z konwersacji zaczął kiełkować pomysł na akcję skierowaną na wsparcie telefonu wspierającego osoby w kryzysie samobójczym – wyjaśnia kulisy akcji, która rusza już 1 maja. 
Zbiórka pieniędzy na Antydepresyjny Telefon Zaufania 22 584 88 01 nie jest jego jedynym celem. Na swoim profilu Piotr Konopka zachęca też do wzięcia udziału w badaniu na temat stanu zdrowia psychicznego Polaków aktywnych zawodowo. Wystarczy wypełnić krótką ankietę. Warto to zrobić, bo odpowiedź na zawarte w niej pytania mogą być motywacją do przyjrzenia się sobie i szukania pomocy w kryzysie.




]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/b1adf3a6296333934f28b3c130f2b202,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/b1adf3a6296333934f28b3c130f2b202,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zmęczenie, bóle głowy i mięśni, problemy ze snem – to najczęstsze objawy depresji u mężczyzn.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/293075,ojcostwo-w-najlepszym-wydaniu-swiatowej-slawy-tenisista-zaskakuje</guid><link>https://dadhero.pl/293075,ojcostwo-w-najlepszym-wydaniu-swiatowej-slawy-tenisista-zaskakuje</link><pubDate>Tue, 23 Jan 2024 14:58:02 +0100</pubDate><title>Sławny tenisista pisze o zaletach przegranej w Australian Open. Co za słowa!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/2c04a0741f7dfba908cabde1f2abd672,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zapewne nie tak Andy Murray wyobrażał sobie tegoroczne Australian Open. Odpadł w pierwszej rundzie. Murray nie marnuje jednak czasu, spędza go z rodziną, z dziećmi. W niedzielny poranek tenisista udostępnił na Instagramie zdjęcie w czarodziejskim kapeluszu i czerwonej, błyszczącej kamizelce. Zdradził, że zrobił to specjalnie dla swoich pociech. Jego relacja z dziećmi jest niesamowita.

Murray to pięciokrotny finalista Australian Open. Niestety, tym razem Brytyjczyk już w pierwszej rundzie został wyeliminowany przez Tomasa Martina Etcheverry’ego. Andy po powrocie do domu nie narzeka jednak na nudę i na brak wrażeń. To, co robi w niedzielny poranek, zapiera dech w piersi. Jego zachowanie i pomysłowość są godne podziwu. 
Może emerytura
Po porażce z Etcheverry, Murray zasugerował, że być może przejdzie na emeryturę. – To bardzo prawdopodobne, że będę grał tu po raz ostatni – powiedział, odnosząc się do Australian Open. 
Murray zdradził, że temat przejścia na emeryturę sportową poruszał już z rodziną i zespołem. Wszyscy są tego bardzo świadomi. Dodał też, że nie podjął żadnych konkretnych decyzji, musi wszystko przemyśleć. 
Tata na medal
Andy Murray nie przeżywał zbyt długo swojej porażki. Po powrocie do domu, w którym czekały na Brytyjczyka jego dzieci (trzy córki – Sophia, Edie, Lola oraz syn – Teddy) wcielił się w drugą rolę. Rolę ojca, ale jakiego! Tenisista przebrał się w czarodziejski strój, a zdjęcie w nim opublikował w mediach społecznościowych. 

                
                    
                
                
"Jedną z ogromnych zalet przegranej w pierwszej rundzie @australianopen jest możliwość zabawy w przebieranki Harry’ego Pottera o 5.30 z moimi córkami"– napisał tenisista na Instagramie. Podpisał się jako "Dumbledad", co jest zabawną grą z nazwiskiem jednej z postaci występującej w serii książek o Harrym Potterze, profesora Dumbledore'a. 
Pod wpisem tenisisty pojawiło się mnóstwo komentarzy. Fani byli podekscytowani i zachwyceni jego pomysłem. Docenili fakt, że gwiazda nie traci nadziei i poczucia humoru po porażce, a świetnie bawi się z dziećmi. 
Murray pokazał, że z dziećmi łączy go niesamowita więź. Jest tatą, który nie wstydzi się i nie ucieka od przebieranek i przeróżnych zabaw z pociechami. Możemy się domyślać,
że dzieci są dla niego całym światem i jest w stanie zrobić dla nich wszystko. Ojcowie,
bierzcie z niego przykład. Nie przejmujcie się porażkami, niepowodzeniami. Po
ciężkim dniu wróćcie do swoich pociech i pokażcie im, że są dla was wszystkim. 







]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/2c04a0741f7dfba908cabde1f2abd672,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/2c04a0741f7dfba908cabde1f2abd672,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Andy Murray pokazał, że z dziećmi łączy go niesamowita więź.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/292933,myslalem-ze-wszystko-bedzie-trudniejsze-dr-michal-wrzosek-o-ojcostwie</guid><link>https://dadhero.pl/292933,myslalem-ze-wszystko-bedzie-trudniejsze-dr-michal-wrzosek-o-ojcostwie</link><pubDate>Fri, 15 Dec 2023 10:29:17 +0100</pubDate><title>&quot;Kiedy jesteśmy razem, nic innego się nie liczy&quot;. Znany dietetyk stracił głowę dla syna</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/ec06ffc3f017222085e7850d7639f2aa,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Antek jest jego oczkiem w głowie. Marzy o tym, że kiedyś przebiegną razem maraton. No, może chociaż półmaraton. Kiedy jest z synem, Michał Wrzosek, doktor dietetyki, nie ma czasu na nic innego. To dzięki narodzinom syna nauczył się zatrzymywać w codziennej gonitwie. Nam twórca Centrum Respo opowiada o tym, jak lubi spędzać czas z synem, dlaczego wspólne gotowanie z dzieckiem to jeden z najlepszych sposobów budowania więzi oraz dlaczego chciałby, żeby jego firma przestała istnieć.

Karolina Stępniewska, DadHero: Co dziś Pan przygotował na śniadanie?
dr Michał Wrzosek: To samo, co zawsze, czyli kanapki. Bo ja praktycznie codziennie jem kanapki. Dla mnie to jest takie danie, które można przygotować bardzo szybko, nawet w biurowej kuchni, na wiele różnych sposobów. Ale to mogą być zdrowe sposoby, więc prawie codziennie w różnej kombinacji, a podstawą jest duża ilość warzyw i pełnoziarniste pieczywo. 
I rodzina też chętnie je te kanapki?
Tak, to akurat u nas wszystkich się bardzo zgadza, że na śniadanie prawie zawsze są kanapki. W weekendy może są trochę bardziej na wypasie, z jakimś jajkiem w koszulce, jakiś tost z awokado, coś z jajecznicą na przykład. Ale tak, to i dla Antka, i dla żony, też są bardzo często właśnie kanapki.
A poza tym, co Antek lubi najbardziej jeść?
Bardzo lubi owsiankę z różnymi owocami i dodatkami. Lubi zupy. Bardzo lubi też wrapy, naleśniki, owoce, ale i oczywiście jakieś trochę już mniej zdrowe produkty, czyli na przykład kotlety z kurczaka od babci. To jest coś, co może zjeść w naprawdę dużej ilości. I lody też. Lody zdecydowanie.
I nie zapala to w panu dietetycznej czerwonej lampki? Kotlety, lody? 
Ja podchodzę do tego tak, że nie da się wymazać mało zdrowego jedzenia, jak słodycze, chipsy i typowo przetworzone produkty, z naszej rzeczywistości. Każdy z nas je widzi przecież codziennie. Widzimy je w sklepie, widzimy, jak inni jedzą, widzimy je w reklamach. 
Ważne jest raczej to, żeby o tym rozmawiać i edukować dzieci, dlaczego to nie jest jedzenie, które powinniśmy jeść codziennie oraz jakie są tego konsekwencje. Na przykład po dużej ilości słodyczy czy cukru, czy w ogóle jedzenia, boli brzuch. I edukować przede wszystkim pozytywnie, że takie pomidory są zdrowe, bo są źródłem likopenu, a to jest substancja, która jest dobra dla naszego serca. A z kolei płatki owsiane mają błonnik, który wypełnia brzuch. 
Dla mnie nie ma czegoś takiego jak zabronione jedzenie. Chodzi o właściwe proporcje zdrowego do mniej zdrowego jedzenia, więc takie zwykłe standardowe słodycze też pojawiają się w naszym domu. Czasem wyjdziemy na pizzę i czasem wyjdziemy na lody. Ale na co dzień jemy zdrowe i możliwie najmniej przetworzone jedzenie. I kluczem właśnie jest ta relacja zdrowego do mniej zdrowego.
Ile lat ma teraz Antek? 
3 lata i 8 miesięcy.
To jest w takim wieku, że pewnie trochę panu pomaga już w kuchni?
Tak, bardzo! My w ogóle bardzo dużo razem przygotowujemy posiłków i dla mnie to jest jedna z największych frajd i jeden z najlepszych sposobów spędzania czasu. Bo ja bardzo lubię spędzać czas w kuchni, a bardzo często mi go brakuje, żeby robić to samemu. Na przykład, kiedy Antek już zaśnie, to bardzo często nie chce mi się już przygotowywać posiłków na jutro. Są też ważniejsze rzeczy, każdy z nas chce odpocząć, a uważam, że połączenie gotowania ze spędzaniem czasu razem z dzieckiem to same plusy. 
Jakie?
Po pierwsze mamy małego pomocnika, który może nam pomóc przygotować ten posiłek. Po drugie szykowanie posiłków i jedzenie ich wspólnie z dziećmi to jest tak naprawdę najlepsza nauka i edukacja żywieniowa. W trakcie przygotowywania jedzenia możemy opowiadać o tym, co jest ważne, czemu teraz mieszamy, do czego służy jajko w przepisie, a jednocześnie jakich dostarcza nam wartości odżywczych. A potem ważne jest wspólne jedzenie tych posiłków. 
Jest coś, co mnie trochę śmieszy, a z drugiej strony przeraża. Są takie filmiki na TikToku, które w ostatnim czasie są bardzo popularne, na których na przykład mama czy tata trzymają duży liść sałaty przed ustami, a tak naprawdę z tyłu mają batonika. I jedzą właśnie ten batonik, ale pokazują dziecku, że jedzą sałatę. Dzieci to wszystko wyłapują. A chodzi o to właśnie, żeby dawać dobry przykład i samemu żyć zdrowo, żeby te zdrowe nawyki zaszczepić u dzieciaków.
Często myślę o wspólnym gotowaniu z dzieciakami i przebywaniu razem w kuchni jako o silnie więziotwórczym czasie.
Tak, to jest po prostu też superfajny czas spędzony razem. A w pewnym sensie jest to też praktyczne, bo możemy zrobić coś, czego potem nie będziemy musieli robić sami i jeszcze wychodzą z tego jakieś korzyści. I tak, dla mnie to też jest taki bardzo bliski czas, który mogę spędzić z synem.
A czy teraz jakoś przedświątecznie się udzielacie? Pierniki już pieczecie?
Tak! Mamy przepis na idealne pierniki. Już jedno podejście w weekend mieliśmy, ale jeszcze wyszły trochę za kruche, więc w ten weekend znowu będziemy trochę modyfikować przepis, żeby go dopracować, i wtedy, jeśli nam wyjdzie tak, jak chcemy, to dopiero opublikujemy go w social mediach. Ja mam taką zasadę, że jak publikuję jakieś przepisy, to tylko te, które naprawdę wychodzą i są naprawdę smaczne. 
A oprócz wspólnego gotowania, co jeszcze lubi Pan w byciu ojcem? 
Pierwszą myślą, która przychodzi mi do głowy, jest to, że jestem osobą, która odkąd wstanie, to już sekundę później ma tysiąc myśli w głowie o tym, co dziś trzeba zrobić, jak to zrobić i jak to zrobić szybko i dobrze. Te myśli galopują w mojej głowie od pierwszej sekundy. I przez długie lata nie miałem czegoś, co potrafiło mnie wyciągnąć z tego galopu i pędu pracy. A czas spędzony z Antkiem jest właśnie to robi. Można powiedzieć wręcz, że to mindfulness. 
W takich momentach odkładam telefon komórkowy, nie ma mnie dla nikogo. Nie interesuje mnie nic innego. Nagle robię takie rzeczy, których nigdy sam bym nie zrobił. Na przykład czekanie w jakiejś długiej kolejce po coś, to nie jest rzecz, którą ja, jako osoba dorosła, sam bym robił. Bardzo nie lubię kolejek, one mnie frustrują, nie lubię czekać. Lubię, jak wszystko jest tu i teraz. A teraz, gdy czekamy z Antkiem, czy to do wejścia na jakąś atrakcję, czy to w kolejce po lody latem, czy gdziekolwiek, to to wszystko jest w porządku.
Dla mnie czas z synem, gdybym miał to ubrać w jedno konkretne zdanie, to czas, kiedy nic innego się nie liczy, tylko ja i on. Rodzina. Najbliżsi. I to jest wspaniałe.
Czy było coś, co pana zaskoczyło w ojcostwie? Wiadomo, że wszyscy mamy jakieś oczekiwania związane z tym, jak będzie wyglądało rodzicielstwo.
Uważam, że jeszcze jestem zbyt mało doświadczonym tatą, żebym mógł się już o tym wypowiadać. Mogę oczywiście powiedzieć, na jakim etapie jestem, ale myślę, że to ważne, żeby podkreślić, że Antek jest moim pierwszym dzieckiem i ma dopiero trzy i pół roku, więc ten ojcowski staż mam stosunkowo mały. Ale nie, nic mnie nie zaskoczyło na razie. Myślałem wręcz, że wszystko będzie trudniejsze. Nawet z takich błahych rzeczy. 
Na przykład zakładałem, że zmienianie pampersa jest jakąś bardzo trudną rzeczą, którą będę musiał opanowywać przez wiele dni, tygodni czy nawet miesięcy, żeby to umieć zrobić dobrze. A okazuje się, że za drugim razem można to zrobić perfekcyjnie. Do tej pory pamiętam, jak robiłem to w jakichś najróżniejszych, dziwnych miejscach. 
Fajnie, że Pan o tym wspomina, bo mam wrażenie, że nadal, mimo że ten współczesny ojciec jest dużo bardziej zaangażowany w opiekę nad dzieckiem niż ojcowie z poprzednich pokoleń, to wciąż słyszy się głosy, że trochę się tych zadań boi. Pan nie miał takich obaw?
Na początku, gdy Antek miał dosłownie kilka tygodni czy miesięcy, to myślę, że oboje z żoną mieliśmy dużo obaw, Ale to nie jest też tak, że tego nie robiłem. W każdą rzecz, którą mogłem zrobić (bo z wiadomych powodów karmić piersią nie mogłem), byłem zaangażowany.
A czy kiedy pan myśli o przyszłych latach z Antkiem, jest coś takiego, na co pan szczególnie czeka? 
Nie mam takich bardzo konkretnych momentów. Zależy mi na tym, żebyśmy dopóki się tylko da, spędzali jak najwięcej czasu razem. I zależy mi na tym, żeby to był taki głeboki czas. Oczywiście można spędzać razem czas przed telewizorem i to też jest w porządku, ale to nie jest wtedy taki czas głęboki, który buduje relację, tworzy silne więzi.
Odkąd Antek skończył 2 latka, regularnie wyjeżdżamy gdzieś sami, tylko we dwoje, albo na przykład sami, ale w gronie moich kolegów, którzy też mają dzieci i zabierają je ze sobą. Takie wyjazdy w męskim gronie z dziećmi. Już kilka takich wyjazdów miało miejsce. A w tym roku byłem z Antkiem kilka dni sam na Chorwacji. To jest dla mnie taki czas, który rzeczywiście spędzamy razem. Bez pośpiechu, tego codziennego: “Chodź, śpieszymy się, już, wychodźcie z tego samochodu”. 
W tych specjalnych momentach razem mamy na wszystko czas. Mogę podążać za nim, patrzeć, czego on chce, czego potrzebuje. Oczywiście na co dzień też staram się to robić, ale nie żyjemy w wyimaginowanej bańce. Każdy w pewnym momencie zaczyna się śpieszyć i te zwykłe dni wyglądają trochę inaczej niż te, które teraz próbuję nakreślić. Bardzo staram się dbać o to i pielęgnować, żeby było ich jak najwięcej.
Jest jednak jedna rzecz, na którą czekam. Odkąd Antek skończył roczek, bardzo dużo z nim biegam. Początkowo pakowałem go w wózek biegowy i myślę, że razem przebiegliśmy w tym czasie może nawet tysiąc kilometrów. I mam taką nadzieję, że może kiedyś przebiegniemy razem jakiś wspólny bieg, może nawet półmaraton czy maraton?
Bardzo Wam tego życzę. A czy jest coś, co napawa Pana lękiem, jeśli chodzi o jego przyszłość?
Nie jestem osobą, która widzi lęki. Jeżeli pojawia się jakiś problem, to podchodzę do niego w sposób sprawczy i konstruktywny. Staram się znaleźć najlepsze możliwe rozwiązanie, nie jestem osobą, która pisze przed sobą pesymistyczne scenariusze i myśli, co złego mogłoby się wydarzyć. 
Pana syn jest w spektrum autyzmu. Co Państwa skłoniło do szukania diagnozy?
Niepokoił nas, mnie i żonę, niewystarczający względem rówieśników postęp w rozwoju mowy i trudności komunikacyjne. Antek na przykład rzadko wołał o uwagę. Jak zaczynał się bawić, to nie było kontaktu wzrokowego, czegoś w stylu: “Patrz, mamo!”, albo chociaż chęci z jego strony, żeby ktoś inny zobaczył, co on robi. To były takie dwa elementy, które skłoniły nas do tego, żeby sprawdzić, co się dzieje. 
Diagnoza miała miejsce w zeszłym roku w grudniu. I to jest dobry przykład dla tego, o czym mówiłem przed chwilą: zamiast rozkładać ręce i mówić: “Co teraz będzie?”, to po prostu – zgodnie z planem polecanym przez ekspertów, czyli psychologów, logopedów itd. – zmieniliśmy przedszkole ze zwykłego na terapeutyczne, które bardziej odpowiada potrzebom Antka. Ma tam zajęcia, które powodują wyrównywanie tych niedoborów, które się pojawiły. Zapisaliśmy go także na dodatkowe zajęcia logopedyczne. 
I po tym czasie, odkąd zareagowaliśmy, czyli w sumie niecały rok, bo przedszkole zmieniliśmy jakoś w styczniu albo na samym początku lutego, jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Ten rok był rokiem fantastycznego postępu Antka, z czego jestem bardzo zadowolony i szczęśliwy.
Wczesna diagnoza jest szczególnie ważna, żeby szybko móc zacząć pracę. 
Dużo osób nam mówiło, że rodzice bardzo często, nawet już po diagnozie, trochę próbują to wypierać, i zamiast szukać dopasowanego wsparcia, które może naprawdę bardzo dużo zdziałać, działają na zasadzie: nie, to na pewno błąd, to wszystko się poprawi. I w ten sposób nie dostarczają prawidłowego wsparcia dla tego małego człowieka.
Sam bardzo często, odkąd zakomunikowałem diagnozę Antka w swoich social mediach, dostawałem wiadomości od różnych rodziców, że oni są w takiej samej sytuacji. I że brakuje im pokierowania, co dalej, co trzeba zrobić. To jest na pewno problem, który wymaga edukacji społeczeństwa, a w szczególności rodziców, którzy się z nim mierzą.
Czy są jakieś trudności, które wiążą się z autyzmem u Pana syna? Z którymi wciąż się mierzycie?
Nie chodzi o to, że chciałbym, żeby ta rozmowa była jakaś taka supersłodka. Zupełnie nie to jest moim celem. Ale od pewnego czasu takich trudności nie widzę. My z Antkiem robimy bardzo dużo różnych rzeczy. Bardzo rzadko, oprócz gotowania, spędzam czas z Antkiem w domu. Moją największą miłością nie jest układanie klocków. Moja żona to uwielbia, a ja wolę kiedy coś się dzieje. Dlatego bardzo często spędzamy czas właśnie z moimi znajomymi, z rówieśnikami, z dziećmi w wieku Antka, z dziećmi starszymi. I chodzimy też na wiele różnych zajęć, pływanie, taniec, piłkę nożną, gimnastykę. 
I od pewnego czasu uważam, co też mówili nam terapeuci po diagnozie, że w tak młodym wieku można bardzo szybko nadgonić i wyrównać różne aspekty tego funkcjonowania w spektrum. I wydaje mi się – mam nadzieję, że nie mam klapek na oczach i taka jest rzeczywistość – że to rzeczywiście nastąpiło, bo ja nie widzę obecnie trudności.
A co z tą pracą, którą Pan tak lubi? Czytałam wiele opinii w mediach społecznościowych o tym, jak pomaga Pan ludziom osiągnąć wymarzoną figurę, zdrowie, poprawić jakość życia. Co to dla Pana znaczy, kiedy myśli Pan o tym, co stworzył?
To bardzo dużo dla mnie znaczy. Przede wszystkim dlatego, że ja sam miałem taki problem, bo jako nastolatek byłem otyły i z tą otyłością musiałem sobie poradzić wtedy sam. Nie miałem wsparcia u rodziców i bliskich. Jak kiedyś w szkole się ze mnie śmiali, że byłem gruby, to potem się ze mnie śmiali, że próbowałem coś z tym zrobić i generalnie, co by człowiek nie zrobił, to zawsze było źle. 
Przez dłuższy czas byłem obiektem drwin. I wiem, jak dużo samozaparcia, konsekwencji i siły woli wymagało ode mnie, żeby to zmienić. Dążę teraz do tego, żeby nikt nie musiał być z tym problemem sam, jeżeli już się z nim zmaga, tylko żeby otrzymał profesjonalną pomoc, której ja wtedy potrzebowałem. 
A edukując ludzi, mam nadzieję, że w pewnym momencie uda się też zapobiegać temu, czyli sprawić, żeby coraz mniej osób w ogóle miało ten problem. Zresztą to też jest misją mojej marki – doprowadzić do takiego stanu świata, w którym moja firma nie będzie potrzebna, jakkolwiek to biznesowo źle nie zabrzmi. Ale tak – moim celem jest nauczyć wszystkich ludzi na świecie zdrowo jeść, tak, żeby już nikt nie musiał się zmagać z problemem nadwagi czy otyłości, czy chorobami, którym można było zapobiec właściwym stylem życia. I wtedy moja misja będzie zakończona.
Czy to znaczy, że jest pan marzycielem czy realistą?
Myślę, że w tym przypadku gdzieś pośrodku. To jest coś, co wymaga wielu, kilkuset lat pracy, edukacji, żeby to mogło rzeczywiście nastąpić. Ale jeśli się nie zacznie tego robić, to też nigdy się nie skończy. 
Chcę też podkreślić, że nie jestem samotnym ojcem. Mam żonę, która jest ogromnym wsparciem. Drugą, jeśli nie bardziej, istotną połówką. W kwestii wychowania naszego syna, gdyby nie ona, nie byłbym w stanie się spełniać. Realizować swojej kariery zawodowej i wykonywać tylu aktywności związanych z pracą. Przez wszystkie te lata moja żona była dla mnie wsparciem w budowaniu tej firmy i mojej działalności w internecie.
Ja dzisiaj ugotowałam moim dzieciom żurek na obiad. Bardzo źle czy niekoniecznie?
To zależy od tego, co jest wkładką tego żurku. Nie porównywałbym nigdy takiego żurku do czipsów, słodyczy czy jakichś restauracji typu fast food. To jest zdecydowanie bardziej zdrowy posiłek. Pewnie można go zrobić jeszcze troszeczkę zdrowiej. Będzie średnio zdrowy, jeżeli napakujemy go dużą ilością kiełbasy i boczku na przykład, a bardziej zdrowy jeżeli uda nam się przemycić tam jeszcze jakieś warzywo i nie będzie tego boczku, a będzie więcej jajka. 
To jest właśnie fajne w dietetyce i w takim podejściu do żywienia, że myślimy o tym, jak, jedząc czegoś więcej, możemy sprawić, że będzie to zdrowsze. Bardzo często, gdy ktoś chce schudnąć albo zadbać o siebie, myśli przede wszystkim o tym, czego nie będzie robił: nie będę jadł od jutra słodyczy, nie będę jadł makaronu, nie będę jadł na mieście. A raczej powinniśmy zacząć myśleć o tym w drugą stronę, czyli na przykład zrobić sobie obietnicę: od jutra będę jeść więcej warzyw. 
To jest stosunkowo prostsze do wykonania i tak naprawdę może być dla nas bardziej wartościowe, bo jedzenie większej ilości warzyw może jednocześnie wpłynąć na to, że będziemy jeść mniej słodyczy. Po prostu nasz brzuch będzie bardziej pełny, bo warzywa mają taki wpływ na nasz organizm i gwarantują uczucie sytości, a przez to nie musimy robić sobie zakazów. Te zakazy są dla nas bardzo często zgubne, bo jak sobie czegoś zakazujemy, to mamy na to jeszcze większą ochotę. 
W ogóle ocenianie pojedynczych potraw czy posiłków to jest jedna z najgorszych rzeczy i krzywd, jakie można sobie wyrządzić. Bo nawet jeżeli zjemy jeden mniej zdrowy posiłek, to kluczowe jest to, jak wyglądały pozostałe posiłki. Problem jest wtedy, gdy dziecko czy dorosły zaczyna dzień od miski mleka z płatkami z cukrem, potem wypije jakiś soczek, potem coś tam jeszcze zje, a później w drugiej części dnia jakieś słodycze. No to wtedy mamy problem.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/ec06ffc3f017222085e7850d7639f2aa,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/ec06ffc3f017222085e7850d7639f2aa,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Myślałem, że wszystko będzie trudniejsze&quot;, mówi Michał Wrzosek o początkach ojcostwa.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/291995,wielcy-bohaterowie-ktorzy-zainspiruja-malego-czlowieka</guid><link>https://dadhero.pl/291995,wielcy-bohaterowie-ktorzy-zainspiruja-malego-czlowieka</link><pubDate>Thu, 03 Aug 2023 10:02:37 +0200</pubDate><title>Wielcy bohaterowie, którzy inspirują małego człowieka. Poznaj słynne postaci z książeczek Happy Meal</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/b6d2ec55fc000f4ae1fa2bcfb9de7386,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kim chcesz zostać, jak dorośniesz? To ulubione pytanie wszystkich babć, cioć, dziadków i wujków świata, warto zadawać naszym dzieciom znacznie częściej, niż tylko przy okazji rodzinnych spotkań. Odpowiedź mówi o naszym maluchu znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać.

Kiedy jest się dzieckiem, wszystko wydaje się proste. Lekarz, kosmonauta, strażak, gwiazda piłki nożnej - możliwości wydają się nieograniczone. Ta pewność siebie z czasem zaczyna się jednak wytracać: powoli maluchy stają się coraz bardziej świadome barier i ograniczeń, jakie mogą napotkać na drodze do realizacji marzeń. 
W efekcie, z roku na rok, ich odpowiedzi stają się coraz mniej odważne: światowej sławy piłkarza, prezydentkę czy porywającego tłumy piosenkarza zaczynają zastępować przedstawiciele "normalnych" profesji - co oczywiście poniekąd jest normalną koleją rzeczy. 
Warto jednak zastanowić się, czy nieco twardsze stąpanie po ziemi nie wynika przypadkiem z tego, że nasze dzieci zaczynają powątpiewać we własne umiejętności, w swoje szanse na sukces, w siebie?
A przecież dorośli też mogą mieć marzenia. Ba! Mogą je realizować i odnosić wielkie sukcesy - wystarczy… No właśnie, co? Co trzeba zrobić, aby zapisać się na kartach historii? Właśnie to - bardzo dokładnie, a jednocześnie prosto – opisują książeczki dostępne w zestawach Happy Meal w McDonald’s.
Mogę zostać… kim chcę!
Tytuł każdej książeczki rozpoczyna się od słów: "Mogę zostać…". I tak, okazuje się, że mimo wielu wyzwań każdy maluch w przyszłości może zostać poszukiwaczem przygód, kreatywnym projektantem, inspirującym przywódcą czy na przykład pomysłowym twórcą. Przecież osoby opisane w książkach też kiedyś były dziećmi. 
Historie przedstawione w lekturach mają dodatkowy atut: opisują życiorysy prawdziwych ludzi. W poprzednich odsłonach serii dzieci mogły dowiedzieć się, jak swoją drogę do sukcesów rozpoczynali, między innymi, Albert Einstein, Maria Skłodowska-Curie, Malala Yosufazi, Zaha Hadid czy Elton John. 
– Zjawisko modelowania pokazuje, że każdy gest, postawa, styl komunikowania się osób dorosłych są przez dzieci obserwowane, zapamiętywane i w rezultacie naśladowane. Dzieci są jak lustra dorosłych. Można więc śmiało powiedzieć, że wzorce wpływają na kształtowanie systemu wartości dzieci. Dlatego tak ważne jest, aby dorośli pamiętali, że są dla dzieci modelem do naśladowania i starali się przekazywać jak najwięcej nauki swoją odpowiednią postawą – komentuje psycholog Monika Perkowska. 
Co ważne, opowieści nie skupiają się tylko i wyłącznie na tym, jak długo i wytrwale nasi idole uczyli się gam, ile rysunków projektowych wykonali, czy jak dobrze opanowali zasady fizyki lub chemii. W każdej historii niezwykle istotne jest również to, jakimi byli ludźmi: czy byli uprzejmi, chętni do pomocy? Czy potrafili dzielić się tym, co osiągnęli? Czy byli oddanymi przyjaciółmi, synami i córkami? 
Wspólna lektura książeczek Happy Meal to cenna lekcja, podczas której dzieci z jednej strony uczą się, że marzenia mogą się spełniać, a z drugiej - że nawet najsławniejsi powinni jednocześnie być po prostu dobrymi ludźmi. 
- Dobrze dobrane wzorce w literaturze i bajkach mają duży wpływ na rozwój dzieci. I tak jak rodzic pokazuje, jak można komunikować się z innymi, jak postępować, jak szanować innych, tak samo literatura, używając opowieści, tworzy w dzieciach wyobrażenie, jak można żyć - wylicza psycholog. 
Monika Perkowska podkreśla, że wspólna lektura to okazja, aby "przerobić" z dziećmi różne życiowe scenariusze:
- Z książek dzieci dowiadują się, jak mogą radzić sobie z przeciwnościami losu, na czym polegają relacje społeczne, jak wygląda dobro i zło. Książkowi bohaterowie często mają charakterystyczne cechy, które pomagają dzieciom szybko zorientować się w ich zamiarach, a przez to łatwiej rozumieć, jakie intencje mogą mieć ludzie. W rezultacie najmłodsi uczą się, jak mogą poradzić sobie w trudnych sytuacjach - wyjaśnia Monika Perkowska.
Sportowa odsłona serii już w McDonald’s
W wakacje czeka na dzieci wspaniała niespodzianka. Seria wzbogaciła się o dwie nowe pozycje: "Mogę zostać wspaniałym piłkarzem" oraz "Mogę zostać bohaterem sportu”. Dowiemy się z nich, jak zaczynały takie gwiazdy światowych aren sportowych jak Bruce Lee, Billie Jean King czy Jesse Owens. Na karatach książeczki “futbolowej” występują natomiast Pele oraz Megan Rapinoe. 
Niezwykle istotnym aspektem w tych, ale i we wszystkich pozostałych książeczkach, jest akcentowanie różnorodności, ale też łamanie stereotypów i pokonywanie barier. Sukcesy, w dowolnych dziedzinach życia czy dyscyplinach sportu, może osiągać każdy, jeśli tylko mocno w to wierzy i wytrwale do tego dąży. Warto, aby najmłodsi byli o tym przekonani od wczesnych lat i nigdy o tym nie zapomnieli.


]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/b6d2ec55fc000f4ae1fa2bcfb9de7386,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/b6d2ec55fc000f4ae1fa2bcfb9de7386,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/290872,piotr-walter-w-poruszajacej-mowie-zegna-swojego-ojca-mariusza-waltera</guid><link>https://dadhero.pl/290872,piotr-walter-w-poruszajacej-mowie-zegna-swojego-ojca-mariusza-waltera</link><pubDate>Thu, 22 Dec 2022 12:08:02 +0100</pubDate><title>Tak Piotr Walter żegnał swojego ojca Mariusza Waltera </title><description><![CDATA[<img src="https://m.dadhero.pl/adf776b8d2c4b972c70724608053d57c,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Podczas uroczystości pogrzebowej założyciela TVN, padło wiele poruszających słów. Szczególne przemówienie wygłosił jego syn Piotr Walter

"Za kulisami swojego zawodowego życia i barwnego świata telewizji Mariusz Walter był też ojcem. Moim i mojej siostry Sandry. Był troskliwym, odpowiedzialnym i niezawodnym ojcem. Takim staram się być ja, dla moich dzieci. Zawsze dawał nam poczucie, że nasze sprawy, jakkolwiek błahe, były dla niego najważniejsze. Nigdy nas nie zawiódł, był motorem naszej rodziny. Godził rolę twórcy z rolą ojca. Robił wszystko, by nam było łatwiej"

                
                    
                
                




]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/adf776b8d2c4b972c70724608053d57c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/adf776b8d2c4b972c70724608053d57c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Krystian Durma</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/290674,wojciech-szczesny-i-syn-liam-szczesny-wspieraja-sie-po-przegranej</guid><link>https://dadhero.pl/290674,wojciech-szczesny-i-syn-liam-szczesny-wspieraja-sie-po-przegranej</link><pubDate>Mon, 05 Dec 2022 10:06:20 +0100</pubDate><title>Brawo Szczęsni! Tak wspierają się ojciec i syn</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/8a5e014f96b6417b01e9a7a0c89cd5e1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Reprezentacja Polski przegrała, ale mistrzami okazali się Wojciech Szczęsny i jego syn Liam. Kamery uchwyciły jak zachowali się panowie po meczy w korytarzu prowadzącym do szatni.

"Narobiłem 'bigosu'. Głupi jestem, bo ciągle zapominam, że syn (Liam przyp.red.) ma już cztery lata i, kiedy słyszy w telewizorze: 'Tata nie wraca do domu', bierze to dosłownie. Że już nigdy nie wróci. Żona powiedziała, że wszyscy w domu byli podekscytowani, uradowani, a Liam wyszedł zapłakany do drugiego pokoju" - powiedział "Przeglądowi Sportowemu" Wojciech Szczęsny po tym, kiedy nasza narodowa reprezentacja zakwalifikowała się do 1/8 finałów mistrzostw świata. 
Okazuje się, że to największym kibicem Wojciecha Szczęsnego był jego syn - Liam, który bardzo mocno przeżywał porażkę z Francją 

                    
                        
                    
                Po fantastycznych mundialowych występach i niesamowitych interwencjach na boisku okazało się, że Wojciech Szczęsny jest prawdziwym mistrzem świata w relacji ojciec-syn. 
Panowie chodź smutni, w oczach redakcji odjeżdżają z mundialu z podniesionym czołem, jako zwycięzcy. Gratulujemy!

                    
                        
                    
                
]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/8a5e014f96b6417b01e9a7a0c89cd5e1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/8a5e014f96b6417b01e9a7a0c89cd5e1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/290422,alex-borto-bramkarz-z-polskimi-korzeniami-gra-w-fulham-czeka-na-powolanie</guid><link>https://dadhero.pl/290422,alex-borto-bramkarz-z-polskimi-korzeniami-gra-w-fulham-czeka-na-powolanie</link><pubDate>Fri, 18 Nov 2022 16:45:29 +0100</pubDate><title>&quot;Czekam aż Alex dostanie powołanie do reprezentacji Polski&quot;. Tak wychowuje się zawodowego piłkarza</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/09db7050e76930bbfd3878bdd8d74783,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Alex Borto to młody, amerykański bramkarz z polskimi korzeniami grający w Fulham. Wciąż czeka na powołanie do polskiej reprezentacji. O tym, jak ciężką drogę, pełną wyrzeczeń i nerwów trzeba przejść, opowiada jego mama, Beata Borto

– Każdy dzień był logistycznie poukładany co do minuty. Przez kilka lat miałam swój osobisty turniej bycia wszędzie punktualną, na co dzień robiąc doktorat z logistyki – tłumaczy mama Alex Borto. Ten 19-latek to wschodząca gwiazda Premier League. 
Z jego mamą Beatą, rozmawiam o tym, jak wychować młodego, zdolnego człowieka na zawodowego piłkarza, czy krzyczenie na trybunach to nie wstyd oraz jak godzić się z  możliwością porażki w meczu i łzami. Na lepszą rozmowę tuż przed rozpoczynającymi się mistrzostwami w Katarze nie mogłem liczyć. 
W Polsce istnieje tzw. Klub Oszalałego Rodzica. Rodzice jeżdżą na każdy mecz dzieci, krzyczą najgłośniej, ostro kibicują i często bardziej przeżywają sukcesy i porażki od swoich dzieci. Za granicą też tak jest?
Alex zawsze mnie prosi – mama tylko proszę cię, nie krzycz! Będziesz jedyna - bo Brytyjczycy siedzą faktycznie cicho na meczach młodzików. Ale nie zamierzam przestać. Mam nadzieję, że szybko zacznie grać na wielkich stadionach i będę mogła krzyczeć, ile chcę.
Na wielkich stadionach panują jeszcze większe emocje...
Najgorsze, co mnie może spotkać to usłyszenie wyzwisk na mojego syna! Nie ręczę za siebie jak wtedy zareaguję... (śmiech). Kiedy dostał powołanie do młodzieżowej reprezentacji na mecz z Kolumbią to mogłam sobie pokrzyczeć ile chciałam! Tak zdenerwowana nigdy nie byłam. Wygrywaliśmy 1:0, ale na początku drugiej połowy dostaliśmy czerwoną kartkę i graliśmy w osłabieniu, więc na tego mojego synka leciały piłki co pięć sekund! Myślałam, że zwariuję!

                    
                Na razie Alex dostał powołanie do reprezentacji USA. Jak to technicznie wygląda? Dostaje się list, wysyłają maila?
Teraz powołanie dostaje się mailowo, duża grupa kadry USA młodzików gra i mieszka w Europie. Wiem, że trener kontaktuje się z chłopakami także przez Skype.
Wolałaby Pani otrzymać mail od reprezentacji z aliasem „.pl” ?
Dla mnie na pewno byłby lepszy! Wiem, że szanse są nikłe, bo konkurencja jest naprawdę ogromna. Alex jest bardzo związany z Polską, więc jak to ostatnio powiedział w ambasadzie Polskiej w Londynie, byłby bardzo dumny mogąc zagrać z orzełkiem na piersi!
Paradoks polega na tym, że gdyby był środkowym pomocnikiem witaliby go tu wszyscy rozkładając czerwony dywan. Choć z drugiej strony: Szczęsny – rocznik ‘90 (32 lata), Skorupski rocznik ‘91 (31 lat) i najmłodszy Grabara, który zastąpił Drągowskiego rocznik ‘99 (23 lata). To może - już za cztery lata…
Alexa do bazy danych PZPN-u dodałam chyba 5 lat temu. Niestety bez konkretnego odzewu. Jest obserwowany przez PZPN w Anglii, ale do tej pory nie został powołany na żadne kadrowe zgrupowanie. Mam świadomość, że konkurencja jest przeogromna, bo w samej Anglii bramkarzy w jego wieku było 6 czy 8 grających w Premier League. W amerykańskiej drużynie jest równie trudno, chociaż może jestem nie do końca obiektywna, ale sądze, że mój syn to debeściak!
Jak przygoda Alexa z piłką się zaczęła?
Pierwszym słowem, które wypowiedział Alex nie było „mom”, „dad” czy nawet polskie „ma”, „da”, ale „ball” (z ang. piłka) – piłka. Śmieję się, że jeszcze nie umiał mówić, ale już wiedział co chce robić. Od samego początku miał charakter typowego sportowca, czego się nie dotknął, był w tym świetny. Nie ważne czy był to racquetball, tenis, ping pong czy koszykówka. Każdy trener chciał go od razu w drużynie. Można powiedzieć, że od samego początku miał do czynienia z piłką.
Tylko jeszcze nie było wiadomo jaką piłką.
Jak miał 6 czy 7 lat, że trzeba coś wybrać, bo nie dalibyśmy rady organizacyjne ze wszystkimi zajęciami dodatkowymi. A że jesteśmy rodzinnie fanami piłki nożnej to popchnęliśmy go na boisko piłkarskie. 
Początkowo trenerzy nie chcieli słyszeć, że takie małe dziecko i treningi! Ogólnie, sporo było tego zamykania drogi, utrudniania lub po prostu stwierdzeń, że nie jest wystarczająco dobry... 
Kiedy miał osiem lat trafił po raz pierwszy do drużyny. Jej nazwę dobrze pamiętam, „Terminatorzy”. Na tym etapie świetnie się bawił. Wtedy jeden z tych trenerów, Kolumbijczyk, wielki fan sportu, przysłał mi taki artykuł: „Czego brakuje w amerykańskim futbolu?”.
I czego brakuje?
To ciekawe jest właśnie, bo mamy dzieciaki z całego świata, możliwości finansowe, super infrastrukturę, można trenować właściwie cały czas. A wniosek jest prosty - dzieciakom brakuje po prostu pasji. 
Najczęściej dzieciaki (a raczej ich rodzice) wybierają piłkę, żeby dostać stypendium na studiach. Mają mnóstwo opcji a piłka jest jedną z setek. Ten sam trener powiedział mi wtedy, że kiedy przeczytał artykuł, zastanowił się, kto z dziesiątek młodych piłkarzy, których zna, ma pasję - przyszedł mu do głowy tylko jeden.
Jak wychwycić, że dziecko ma pasję? To widać?
To, że Alex miał pasję, to za mało, to jak stwierdzić, że Ferrari ma przyśpieszenie. Pamiętam jak raz wracaliśmy z meczu – Alex umorusany w swoim stroju piłkarskim, zwrócił na siebie uwagę sprzedawcy w sklepie meblowym. Po krótkiej rozmowie, okazało się, że pan kiedyś grał w reprezentacji Palestyny jako bramkarz. Rozmowa bardzo go poruszyła, choć mnie zaniepokoiła niepewna przyszłość zawodu piłkarza. Dla Alexa planem B było zawsze granie, najwyżej w drugiej lidze.
 Od tego momentu wiedzieliśmy – pełną parą jedziemy w to i wszystkie ręce na pokład.
Od razu stanął na bramce?
Nie. Przez pierwsze dwa, może trzy lata grał w polu. Później to łączył, bo świetnie strzelał gole. Ostatecznie zadeklarował się, że chce być bramkarzem w wieku 10 lat. 
Ale granie w polu jako napastnik daje przyszłemu bramkarzowi ogromną przewagę. Pozwala sprawniej czytać grę napastnika. Nie bez znaczenia były też footskills. Na początku dla dzieciaka bycie bramkarzem, to jednak nuda. Zero akcji w bramce! A reszta drużyny lata za piłką bez ładu i składu...
A każdy rodzic marzy, żeby jego dziecko było drugim Lewandowskim i strzelało gol za golem (smiech).
Oczywiście, że tak. Przed tym konsultowaliśmy to z różnymi osobami w branży. Udało nam się nawet spotkać z Mateuszem Miazgą [wtedy obrońcą drużyny New York RB przyp. red.], którego prosiliśmy o radę. Powiedział, Alex musi się zadeklarować, czy chce być napastnikiem czy bramkarzem. 


                    
                Nieustanne treningi to jedno, ale kariera dziecka wpływa na całą rodzinna logistykę.  Alex ma brata, rodzice pracę...
Każdy dzień był poukładany co do minuty, przez długio czas byłam szoferem własnego syna. 
Starszy brat Alexa trenował pływanie. Przez kilka lat wypracowałam niemozliwy system punktualności. Oczywiście cała rodzina musiała się do tego dostosować. Niesamowicie dużo pomagała nam moja mama, Babcia Marysia – i zarazem Alexa fanka numer jeden na świecie. Nie było jednak wieczoru czy popołudnia, kiedy wykończeni, przywoziliśmy Alexa z długiego treningu, żeby nie usłyszeć słowa – dziękuję. Pięknie dziękował za każdym razem i wiem, że docenia nasze poświęcenie.
W Europie piłka nożna jest znacznie bardziej popularna. Pewnie jest łatwiej.
Pamiętam sytuację kiedy przyjechał do nas trener z Fulham i musieliśmy jechać na mecz do Pensylwanii. Wsiadłam i spędziłam tego dnia kilka dobrych godzin za kółkiem. On nie mógł w to uwierzyć. "Jak to jest, że rodzice tutaj sami wożą dzieci?" - pytał mnie – "Nikt nie gwarantuje im posiłków po meczu? To jakaś paranoja" – mówił. 
Nie wiem jak jest w innych klubach Anglii, ale chłopaki nawet w tych młodszych drużynach Fulham FC, maja do dyspozycji kierowców, którzy ich wożą ze szkoły i na treningi- i pewnie później do domu. Na mecze drużyny jeżdżą autokarami i maja zapewniane posiłki jak również pomoc w nauce. Tutaj jest to bardzo ciężkie.
A jako mama lubi pani oglądać mecze Alexa?
Uwielbiam! Cala rodzina zawsze jeździła na każdy jego mecz głośno dopingując! Teraz występuje w młodzikach i niestety większości tych meczów nie można oglądać live. Zawsze jednak siedzimy z rodziną na wspólnym czacie i odświeżamy co sekundę wynik meczu, wpatrzeni w komórkę. Po zakończeniu jak znamy wynik dostaję linka z video i dopiero wtedy oglądamy. Emocję wcale nie są mniejsze, mimo że znamy wynik.
To przejście z zabawy na profesjonalne uprawianie sportu przyszło szybko?
Tak, bardzo szybko.
A co z nauką?
Nigdy nie musiałam do niej namawiać Alexa. Teraz zaocznie studiuje na Coventry University i jestem z niego bardzo dumna. Zawsze musi być plan B a najlepiej jak ma się też plan C. Sport jest brutalny. Jeszcze kilka dni temu Bartłomiej Drągowski jechał na mundial, a zwichnięcie kostki, uniemożliwiło mu to.
Dla takiego młodego człowieka to dramat.
Zawsze powtarzałam Alexowi „just believe”, ale z tyłu głowy miałam świadomość, że na tych 22 młodych graczy uda się jednemu albo co najwyżej dwóm wybić. Mieszkamy w Ameryce, więc szanse na wybicie się w Europie były jeszcze mniejsze, jeśli nie zerowe. Zapisaliśmy Alexa do prywatnej szkoły, żeby łatwiej było pogodzić trenowanie, szkołę średnią zrobił już w Anglii. Dalej to nie jest łatwe, bo na mecz reprezentacji USA dostał powołanie kiedy zaczynał sesję. Uniwersytet stara się iść na rękę w takich przypadkach, ale uczyć się trzeba. 
Najtrudniejszy moment dotychczas to?
Kiedy Alex nie wiadomo dlaczego został usunięty z Red Balls a miał wtedy 12 lat. Nie wiedziałam co wtedy robić. Wiadomość przyszła już po zakończeniu sezonu a tuż przed rozpoczęciem nowego. Dostałam kontakt od znajomego kolegi, Polaka, do specjalisty. A proszę mi uwierzyć, że ciężko jest znaleźć w tej branży kogoś kto nie oszuka albo nie oskubie do ostatniego dolara. Nie mieliśmy jednak wyjścia i w akcie desperacji pojechaliśmy do niego. Wtedy, pamiętam dobrze, szłam do tego trenera jak po wyrok, bo dla mnie, jako rodzica, Alex jest najlepszy i genialny i to jest bezdyskusyjne. Chociaż Alex już wtedy powtarzał mi – mamo, ty się nic na piłce nie znasz. Ale trener dostrzegł wtedy w nim to „coś’ i poprowadził go właściwie od 12 lat do samego podpisania kontraktu z Fulham. Wystarczył mu jeden trening, żeby być pewnym. Dostaliśmy listę ćwiczeń i zdań oraz instrukcji czego nie wolno robić, widywaliśmy się raz na pół roku. I już dokładnie w 13 urodziny Alexa zaproszono na zgrupwanie w Fulham, gdzie bardzo się spodobał.
A technicznie jak to wygląda? Trzynastolatek chyba nie leci sam?
Nie może. Rodzice jadą z nim. Trener młodzików w Fulham, który nota bene dzisiaj jest jednym z trenerów bramkarzy pierwszej drużyny FFC, powiedział mi, że przewija się tutaj mnóstwo bramkarzy z całego świata, ale Alex jest najlepszy. Kiedy rodzic słyszy coś takiego od trenera, ma poczucie, że wygrał szóstkę w totka. I przynajmniej raz w roku jeździliśmy do Anglii. 
Na badania?
Badali go od stóp do głów. Wszystko, medycznie i pod każdym względem. Zazwyczaj tydzień, latem może 10 dni. Tam spędzał czas z drużyną, grał w nieligowych spotkaniach, trenował. I za każdym razem się sprawdzał i ponownie go wzywali. Raz miał jechać do Leicester...
Jeśli byłoby to w 2015 roku to zostałby mistrzem Anglii.
By trafił… to prawda. Ale tak miało być jak jest. I koniec. Raz też pojechał na testy do Manchesteru United i mieszkał w takim „host family” Manchesteru. A u pani Marii mieszkał wcześniej Rashford, który do dzisiaj raz albo dwa w tygodniu ją odwiedza. Ja bym chciała, żeby moje własne dzieci mnie tak często odwiedzały (śmiech). I oni razem grali sobie w karty, w UNO dokładnie. Pytam go – Alex! Wziąłeś od niego autograf, pamiątkę jakąś? - Mamo, ja jestem "professional" – usłyszałam. 
Słusznie, dobre podejście to podstawa. 
No tak, ale on jeszcze nie miał żadnego kontraktu ani nic. 
Ale mentalność odpowiednią już tak.
Żeby było śmieszniej to on w tym Manchesterze grał w polu z dwudziestolatkami. A oni mu na koniec powiedzieli – oh my God, he’s a baller! Alex był wtedy superdumny i my oczywiście z niego też. Koniec końców swój ostatni kontrakt podpisał na początku pandemii w czasie głębokiego lockdownu ze swojego pokoju. 
Prezentacji gracza nie było…
Ale i tak byliśmy najszczęśliwsi na świecie. Baliśmy się wtedy bardzo, bo Covid każdego wystraszył. A moje dziecko miało zaraz wyjechać na drugą stronę globu do obcego kraju.
Czyli dziecko wyszło z domu jak miało 16 lat, nie było myśli – pakuję wszystko i jadę z nim?
Nie mam takiej możliwości, żeby się tam przeprowadzić, mąż mieszka teraz w Niemczech, więc czasem jeździ na mecze. Prawda jest taka, że oni bardzo dbają o młodych. Alex mieszkał na początku z bardzo fajną polską rodziną, którą wcześniej poznaliśmy i zaakceptowaliśmy.
Polską? Niezły zbieg okoliczności 
To nie był przypadek! Alex bardzo tego chciał, żeby mieć namiastkę domu rodzinnego. Udało nam się, bo mieszkali niedaleko kampusu treningowego. Będę im zawsze wdzięczna za pomoc.
Restrykcje w Anglii z powodu pandemii były dużo większe niż w Polsce czy Stanach. 
To prawda. To było straszne. Dzieciak siedział właściwie tylko w pokoju. Nawet treningi były odwoływane. Koszmar. Nie było łatwo, ale on jest bardzo skoncentrowany na celu, na szkole, więc dał radę. Choć na pewno było mu samemu trudno. I pomimo tego, że już jest starszy to za domem tęskni. Ci młodzi chłopcy muszą być naprawdę silni psychicznie, żeby to wytrzymać.
Oprócz odległości walczycie również z różnicą czasu, to musi być bardzo trudne.
Czasami mamy spotkania z nauczycielami, z klubem, trenerami czy lekarzami, Alex dzwoni ale to czy o 1 w nocy czy w pracy na lunchu można załatwiać wszystkie sprawy. Codziennie piszę do niego o 6 rano po polsku.
Jakie jest pani największe zaskoczenie, jako mamy, jeśli chodzi o piłkę nożną?
Jak ciężka to jest praca. Alex i każdy z tych chłopaków daje z siebie wszystko od małego. Ta etyka pracy musi być w nim. Trzeba wstawać rano, lekcje odrabiać w wolnych chwilach, nieraz w autobusie w drodze do szkoły, jechać na trening, później kolejny trening i… dodatkowy trening – bo u Alexa zawsze były dodatkowe treningi. 
Dodatkowy trening przed treningiem i dodatkowy trening po. On potrafił czasem cztery treningi dziennie zaliczyć. 
Co roku spędzaliśmy wakacje na Florydzie gdzie mieliśmy sporo zaprzyjaźnionych trenerów… jeżeli mieli akurat czas w samo południe, nawet się nie zastanawiał i szedł trenować na parzącym piachu lub mocno rozgrzanej od słońca sztucznej trawie. Bo trzeba. Z takim zaangażowaniem i pasją trzeba się urodzić. 
A jak mama piłkarza zamyka oczy i zaczyna marzyć to…
Na moment, kiedy Alex dostaje powołanie do polskiej reprezentacji. 

]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/09db7050e76930bbfd3878bdd8d74783,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/09db7050e76930bbfd3878bdd8d74783,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/290287,wywiad-z-marta-witecka-ciocia-natana-gajka-o-walce-z-nowotworem-pana-torpedy</guid><link>https://dadhero.pl/290287,wywiad-z-marta-witecka-ciocia-natana-gajka-o-walce-z-nowotworem-pana-torpedy</link><pubDate>Mon, 31 Oct 2022 11:19:02 +0100</pubDate><title>Jego walkę o życie śledziła cała Polska. Ciocia Pana Torpedy w poruszającym wywiadzie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/77763df0068ee867193d2e25ee1aa2fc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Minęło już ponad pół roku od śmierci Natana Gajka, który chorował na neuroblastomę. Kibicowała i pomagała mu cała Polska. Pan Torpeda zmarł 10 kwietnia. "Ból wcale nie umniejsza się z dnia na dzień, a sam czas ran nie goi, pozwala nam jedynie przywyknąć do tego bólu po stracie" - mówi jego ciocia, Marta Witecka.

Pamięta pani sam początek choroby Natanka? Jakie były oznaki?
Przychodził i mówił, że boli go brzuch. Mówił, że mu niedobrze, że coś go boli, uciska. Był oczywiście u lekarza pediatry i zdiagnozowana została klasyczna jelitówka. Nie mamy tutaj pretensji do nikogo, bo nie idzie się z bólem brzucha do lekarza rodzinnego, z myślą, że to może być nowotwór. Teraz wiem, że są też objawy nietypowe, które powinny dać nam do myślenia.
Na przykład?
To, że dziecko słabo rośnie, że nagle pojawia się takie uwypuklenie gałek ocznych dosyć mocne, że narzeka na bóle kości. Oczywiście lekarze mówią, że są to bóle spowodowane rośnięciem kości, ale nie można tego bagatelizować. Trzeba to sprawdzić. Mogą to być oczywiście bóle wzrostowe, natomiast nie muszą. Mogą to być już, niestety, przerzuty tak jak u Natanka. Narzekał, że bolą go nóżki, szybko się męczył. Więc lekarka leczyła najpierw u niego jelitówkę, jednak po drugim tygodniu objawy się nasiliły.
Jak na jelitówkę to już za długo...
Słabł. I nic nie jadł. Zaczął wymiotować, miał bóle głowy i gorączkę. Objawy nie ustępowały i widać było, że leci przez ręce. Pierwsza diagnoza z USG była w dziecięcym szpitalu, u nas, w Sosnowcu. A stamtąd skierowano go pilnie do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka, bo było podejrzenie ostrego zapalenia wyrostka. Objawy zresztą na to wskazywały, bo jak podginali mu nogi, to go bolał brzuch. Ból spowodowany był jednak naciskiem guza o średnicy 10 cm. Musiało boleć. Pojechałyśmy i pamiętam to -  pełniusieńka poczekalnia. Marta, mama Natanka, zdążyła mi tylko powiedzieć – kurcze, będziemy musieli strasznie długo czekać, tyle ludzi. A oni, jak zobaczyli skierowanie, od razu zaprosili nas bez kolejki. Ucieszyliśmy się, zrobiono mu ponowne badanie USG, przyszła lekarka z onkologii i wtedy – dzwon – zobaczyłam właśnie tą plakietkę „ONKOLOGIA”. A my tu przyjechaliśmy z ostrym wyrostkiem przecież… po co onkolog?… I potwierdziła diagnozę, którą mieliśmy napisaną po łacinie. Nawet nie przyszło nam na myśl, żeby ją przetłumaczyć… (cisza) Neuroblastoma. Powiedziała, że łóżko już na niego czeka na górze na oddziale. I z tego szpitala Natanek już wtedy nie wyszedł. Marta, moja siostra, została, a ja pojechałam po jej i Natanka rzeczy. Kompletnie nie byliśmy na to wszystko przygotowani. Nikt nie jest przygotowany na raka u 3,5 letniego dziecka.
Leczenie rozpoczęło się błyskawicznie
Batalia, nie leczenie. Komplet badań przed chemioterapią, pobrania szpiku, tomografy, rezonansy. Wszystko po kolei i tak tylko dokładane były następne. Najpierw powiedzieli o guzie, a potem o przerzutach do węzłów chłonnych, do szpiku, do kości… że stan jest bardzo ciężki. Tych informacji było tak wiele i każda gorsza od poprzedniej. I wtedy człowiek staje pod murem. Kompletnie nie wie co robić. Powiedziałam Marcie – słuchaj, Ty zajmij się synkiem, bądź z nim w szpitalu. Ja zajmę się wszystkim innym. Obojętnie ile pieniędzy będzie Ci potrzebne, to Ci je zorganizuję. Wszystko Wam załatwię. Tylko go ratuj.

I tak też było. Niejedną zbiórkę pani zorganizowała.
Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Byłam zaprawiona w zbiórkach internetowych, bo dziesięć lat pomagałam przyjaciółce w walce z glejakiem mózgu. Zbierałam dla niej pieniądze na roczne leczenie w Stanach. Udało się w miesiąc uzbierać dla niej milion złotych. Wiedzieliśmy, że może to być walka z wiatrakami, ale wyszarpaliśmy tej chorobie 10 lat życia. To było wcześniej, teraz wpisałam w telefon nazwę choroby i nogi mi się ugięły jak zobaczyłam pierwszy opis i koszty leczenia neuroblastomy. Wiedziałam jednak, że tym większe wyzwanie przede mną.
Siostra miała od pani wsparcie nie tylko w zbiórkach…
Czasami zdarzało się, że wisiałyśmy na telefonie po 60 razy dziennie. Na bieżąco znałam cały przebieg choroby, każde badanie i rozmowę z lekarzem. Wiedziałam o każdej niepewności Mamy Natanka, o każdej gorączce i kiedy wymiotował. Brałam czynny udział w tej chorobie. A ludzie często nie zdają sobie sprawy, że jak dziecko zachoruje to rodzice, rodzeństwo, cała rodzina i najbliżsi i przyjaciele współchorują wraz z nim. Wszyscy się martwią, przejmują i pomagają.
Czyli najpierw zderzenie z murem, a potem z końcem
Do pewnego czasu wrzucaliśmy publicznie zdjęcia Natanka, ale przyszedł taki moment, że musieliśmy przestać. Nie tyle wstydziliśmy się choroby, bo tak nie było, ale one były tak ciężkie i przerażające. Myślę, że wiele osób nie zniosłoby samego widoku tego, co się z nim stało. To co potrafi zrobić z ciałem dziecka ta choroba jest straszne i okrutne. Już po śmierci Natanka, Marta pojechała do naszej pani doktor, która go leczyła w Krakowie prawie całą chorobę. Ona, widząc efekt choroby, to jakie spustoszenie zrobiła choroba z jego ciałem, zbierała szczękę z podłogi. Nie mogła uwierzyć. Poprosiła tylko, czy mogłaby mieć udostępnione te zdjęcia w celach naukowych, żeby dokształcać innych lekarzy nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dzieci z tą chorobą odchodzą raczej szybko, a Natanek odchodził pół roku. Ale powiem panu, że myślę… wiem to… On odchodził spełniony.
I przez pół roku mieliście tą świadomość, że nadchodzi nieuchronnie koniec?
Niektórzy mówią, że można przygotować się na czyjąś śmierć. To niemożliwe. Oczywiście uczestniczy się w procesie odchodzenia, jeśli już wiadomo, że nie ma ratunku i to brnie już tylko w jedną stronę. Natomiast sama śmierć i tak jest szokiem. I to szokiem dla wszystkich. Każdy przeżywa tą śmierć inaczej. Ja wychodząc od Natanka w sobotę koło godziny 23:00 widziałam, że on już umiera... Spodziewałam się, że umrze w nocy. Wiedziałam, że się ostatni raz widzimy. Natomiast nie wyobrażam sobie, żebym nie pojechała do niego i nie pożegnała się. I pomimo tego, że on był na bardzo silnych lekach, to widziałam, że jest świadomy. Pytałam go zresztą czy wie, że ja to ja. Wiedział. Kiwał tylko głową, bo mówić już nie mógł. Guz, który był początkowo w głowie rozerwał mu twarz. To oczywiście bardzo ograniczało go też jeśli chodzi o jedzenie i picie. Pani w hospicjum była w szoku, bo pomimo tego guza, który praktycznie całą jamę ustną wypełniał i do gardła aż szedł, on jadł. Chciał jeść, bo on bardzo chciał żyć.
Walczył do końca
Wiem, że on chciał żyć dla swojej Mamy. Oni byli tak mocno związani ze sobą. Właściwie byli nierozerwalni... Cztery lata praktycznie spędzili razem w szpitalach dzień i noc. On bez niej nawet minuty już na sam koniec nie wytrzymywał.

                    
                Wiem, że dostał przydomek „Pan Torpeda”, bo początkowo zmiany cofały się z prędkością torpedy i tak nazwała go lekarka. A z pani opowieści wynika, że przydomek „Pan Torpeda” wziął się z siły i mocy torpedy
Tak. Walczył jak torpeda. On po prostu szedł jak burza i wszystko brał na klatę. Widać było, że nieraz bardzo cierpi, bo terapie są też bolesne. Niestety. Ale on nie płakał. Nie narzekał na swój los, tylko przyjmował wszystko tak jak jest. A dopóki mógł mówić, to mówił: będę zdrowy. Kiedyś powiedział na takim krótkim filmiku, który nagrywaliśmy do jednej ze zbiórek, że "chce być tylko zdrowy dla mamy, taty i brata". I on tak chciał.
Czy rodzic powinien dopuszczać myśl o śmierci swojego dziecka czy raczej wypierać temat?
Tak, powinien myśleć, że śmierć dziecka może się zdarzyć, ale nie o zamartwianie tu chodzi tylko o myślenie co powinien zrobić, żeby do tego nie doszło. Wiele rodziców posiadających dzieci nie zdaje sobie z tego sprawy, że dzieci tak naprawdę też powinny być badane. Żyjemy w takich czasach, że choroby, a już nowotwory w szczególności, zabijają dzieci. I tu już nie ma ograniczeń wiekowych, że na raka chorują tylko starsze osoby. Tak było kiedyś.
Na co zwrócić szczególną uwagę?
Badać, badać i jeszcze raz badać. Pamiętajmy, że każdemu pacjentowi czy to dziecku czy dorosłemu przysługuje raz do roku komplet badań.
Mało kto ma tego świadomość
Niestety. Ale NFZ jednak przekazuje pieniądze przychodniom i nam się to po prostu należy. Jeśli chodzi o neuroblastomę, to w Polsce nie robi się konkretnych badań przesiewowych, zresztą w niewielu krajach europejskich jest to możliwe. Można jednak zwrócić uwagę na kilka rzeczy. I trzeba to mówić rodzicom. Bo jeśli ta choroba jest, to wczesne jej wykrycie znacznie zwiększa szansę na przeżycie i są takie dzieci na świecie, które wcześnie zdiagnozowane pokonały chorobę.
Trzeba robić USG brzucha dzieciom przynajmniej raz w roku do 8-9 roku życia. A najlepiej raz na sześć miesięcy, bo neuroblastoma siedzi przyczajona i może rozwinąć się bardzo szybko. Badanie jest praktycznie nieinwazyjne i bezbolesne, a przy okazji można inne choroby zobaczyć. Oczywiście USG bez powodu nikt Panu nie zrobi, więc trzeba szukać prywatnie. Najlepiej trzeba szukać radiologa, który zajmuje się dziećmi. Do tego badanie ogólne krwi z rozmazem i badanie moczu. To wystarczy. Do tego w zabawie możemy dotykać brzuszka i szukać, czy nie ma jakiś guzków u dziecka.
O chorobie dowiedziałyście się kiedy nic nie można już zrobić?
Tak, teraz wiemy, że tak. Neuroblastoma zazwyczaj odzywa się wtedy kiedy jest duży stopień zaawansowania. To była walka z wiatrakami. Chociaż wiadomo, że żaden opiekun nie chce odpuścić. My też nie zamierzaliśmy. Była to zacięta walka o jego życie.
W tych pierwszych fazach jest jeszcze szansa na wyzdrowienie?
Dokładnie. A my zaczęliśmy od ściany, I szybko okazało się, że przy trzeciej wznowie, Natanek dostał właściwie wszystkie leki, jakie mógł. A skoro już przyjmował wszystko, to mogliśmy już tylko zacząć terapie od początku. A to jest bardzo ciężkie leczenie. Organizm jest już mocno wycieńczony i nie przyjmuje już tych terapii, tak jak za pierwszym razem….
Może okazać się, że lek jest za silny na słaby organizm i może zabić?
Nie tylko on. Może to zrobić także sepsa. To częste po podaniu chemioterapii tudzież immunoterapii, bo organizm jest mocno osłabiony i podatny na wiele zarazków. Zdrowego człowieka nie zabije katar, a dla takiego dziecka prozaiczna infekcja może być śmiertelna.
Dowiadujecie się o nieuleczalnej chorobie. Pani deklaruje gotowość rzucenia wszystkiego, pełną pomoc i poświęcenie. Ale pani przecież też ma rodzinę, trójkę dzieci. To było ogromne wyzwanie
To prawda. Zawsze się śmiałam, że robię to w międzyczasie. Na przykład wstawiam obiad i w międzyczasie biorę telefon i już tam piszę szybko posta i publikuję. Potem ogarniam dom i w międzyczasie coś ustalam z ludźmi. Odbieram dzieci ze szkoły, czekam na nich i jest chwila na twitnięcie – robię to. Na maile odpisuję też gdzie tylko mogę kuchnia, kolejka w sklepie, winda. Tak się nauczyłam takiego szybkiego i dużego ogarniania. Jestem takim człowiek, że jak coś komuś obiecam to się tego trzymam. Powiedziałam im, że te pieniądze im uzbieram i to był mój punkt honoru. Nieraz siedziałam po nocach do drugiej, trzeciej, spałam bardzo krótko, ale napędzała mnie potrzeba działania.
„W międzyczasie”– to pojęcie trochę innego znaczenia nabiera przy pani. Bo w tym międzyczasie zorganizowała pani taki ruch i zrobiła tyle rzeczy. Spodziewała się pani tego?
Byłam kompletnie w szoku. Nie spodziewałam się tego w ogóle. Raz napisałam trochę z rozżaleniem, że jesteśmy pod ścianą, jest trzecia wznowa i dalej nie ma nic. Koniec. A ktoś mi odpisał, żeby spełnić jakieś marzenie Natanka. I stąd się zrodził pomysł „Marzenia Torpedy”. Potem była moja szczera rozmowa z Mamą Natanka – słuchaj, jeśli nie ma już innego wyjścia i czeka nas to co nas czeka, to musimy teraz zrobić wszystko, żeby ten czas, który pozostał po prostu dobrze wykorzystać. Ja ją podziwiam, wie Pan. Wiem, że nieraz się uśmiecha, ale wiem też, że za tym uśmiechem jest rozpacz i żal i powstają takie pytania: dlaczego ja, dlaczego moje dziecko… Ale nigdy tego nie mówi. Nigdy też nie narzekała na swój los. Wiele razy sobie razem płakałyśmy w ramię, a jak się nie dało to w telefon. A jak już nie było siły na płacz, to dzwoniłyśmy do siebie i sobie milczałyśmy. Ja to bardzo emocjonalnie przeżywałam, a to przecież nie było moje dziecko. Ją podziwiam za wszystko, co dla niego zrobiła. Poświęciła całkowicie dla niego swoje życie. A już pod koniec naprawdę zrobiła wszystko, żeby spełnić każdego jego marzenie. Ja mówiłam tylko - pytaj go jakie ma marzenia. Nic więcej nie mogłam zrobić. Nie mogłam go uratować...
I spełniałyście marzenia. Dzięki ludziom dobrej woli Pan Torpeda leciał helikopterem, w Warszawie zwiedzał Zamek Królewski, gdzie przewodnicy pozwolili mu posiedzieć na tronie, jako VIP pojawił się na derbach Krakowa, tłukł talerze z Magdą Gessler w jej restauracji. Na dzień został nawet burmistrzem dzielnicy Bielany. Dostał własną pieczątkę i mógł zatwierdzić budowę trzech placów zabaw. Mógłbym jeszcze długo wymieniać, logistyka pewnie nie była łatwa.
Dostaliśmy od losu takie sześć tygodni kiedy on się jeszcze dobrze czuł. Kiedy lekarz nie miał nic przeciwko wyjazdom do Warszawy, czy wyjazdem w góry gdzie padła propozycja lotu helikopterem. Nie udało mu się tylko pogłaskać krowy…

                    
                        
                    
                Wydawałoby się, że najbardziej prozaiczna rzecz.
Tak. Napisałam o tym na Twitterze, to taka starsza pani zrobiła taką specjalną krowę na szydełku i mu wysłała. Jest nawet śmieszna anegdota z tym związana. Kiedy ją otrzymał ucieszył się bardzo, ale chwila refleksji i pada pytanie - ale ta krowa nie ma cycków. Faktycznie okazało się, że pani zapomniała ich dorobić. Trochę później oba te wymiona dorobiła, wysłała a myśmy mu je doszyli. On był najszczęśliwszy a my głęboko wzruszeni.
Ciekawe, że pani o Twitterze wypowiada się pozytywnie, wbrew powszechnej opinii, że tam są złe emocje i hejt.
Głównie pisałam na Twitterze i ta społeczność dała mi bardzo dużo wsparcia. Ci ludzie wręcz sami dopytywali się mnie o zdrowie i dalsze losy Natanka. Myślałam, że kiedy po pierwszej udanej zbiórce pojawiła się potrzeba kolejnej zbiórki pieniędzy to ludzie będą zmęczeni tym tematem, oleją nas po prostu i że ciężko będzie zebrać. Natomiast ta druga zbiórka poszła bardzo szybko i widać było jak coraz więcej ludzi pyta się, czeka na te wiadomości, które ja pisałam z oddziału. To było piękne, bo wszyscy przyłączali się do akcji, bez względu na opcję polityczną czy wyznania. Nie patrzyliśmy na to. Ja to sama wielokrotnie podkreślałem, żeby się nie dzielić. Dla mnie to nie było różnicy czy ktoś jest z takiej czy innej partii. Jest mi to obojętne, bo dobro nie ma stron. Po prostu łączmy się. Bo akcje charytatywne powinny nas łączyć, nigdy dzielić.
Nie spotkał Panią hejt?
Sporadycznie się pojawiał. Ale takie osoby banowałam od razu. Da się stworzyć miejsce, gdzie tej nienawiści nie ma. Choroba nie jest winą nikogo, są to po prostu pewne uwarunkowania genetyczne. Koniec. Kropka. To nie jest wina ani Boga, ani partii politycznej, ani nikogo. To medyczna sprawa. Nam zależało po prostu na pokazaniu, że życie z dzieckiem onkologicznym to nie tylko leżenie w szpitalu i czekanie na śmierć. Staraliśmy się pokazywać te dobre momenty. Ich naprawdę nie brakowało. Informowaliśmy kiedy on się śmiał, kiedy był na lodach czy jak szedł na wycieczkę. Cokolwiek robił też to pokazywaliśmy. Ale są też momenty straszne. Kiedy na przykład zaczynały wypadać zęby, kiedy cały dzień wymiotował, kiedy tygodniami nie jadł… kiedy chudł w oczach, kiedy walczył o życie na OIOM-ie. To był nasz obowiązek, żeby to pokazać i o tym mówić. Żeby pokazać jak funkcjonuje rodzina w związku z tą chorobą.
Rodzina, dla której leczenie i szpitale stają się codziennością
Nieraz to pisałam. Choćby utrzymanie dwóch domów, bo jeden jest w domu, tym naszym Domu, a drugi dom jest w szpitalu. Nie mówi się o tym, że rodzice są pozbawieni np. posiłków w szpitalach, że tak naprawdę rodzice śpią gdzieś na jakiś takich bardzo niewygodnych rozkładanych łóżkach przenośnych, a jak już trafią na fotel rozkładany to już jest naprawdę spory luksus. Śpią często nawet na krzesełkach, tak na siedząco. To wszystko zależy od szpitala, wiadomo, ale to trzeba było pokazać po prostu. I ten sam moment śmierci i życia po walce. Bo już po wszystkim przychodzi taki moment, że rodzina nie wie co ze sobą zrobić, a całe życie było podporządkowane wokół tego chorego dziecka. I nagle z dnia na dzień traci się sens życia codziennego. Paradoks sytuacji. Bo już nie trzeba się zajmować i być, nie trzeba karmić, nie trzeba zmieniać bandaży, nie trzeba podawać leków, nie trzeba podłączać kroplówki, nosić do łazienki i tak dalej. Jest pustka i nie ma nic.
I to „w międzyczasie” nagle robi się po prostu czarną dziurą.
Tak. Ogromną. I nie tylko w sercu, ale w ogóle w całym całej egzystencji codziennej. Nie słychać tego dziecka, które woła – mamo, proszę, przyjdź, nie słychać skarg na ból czy na cokolwiek. Robi się tak wielka dziura, że gros rodziców sobie z tym nie radzi i różnie odreagowują. Jedni płaczą i rozpaczają, inni zamykają się w sobie i kompletnie nic nie mówią. Jeszcze inni piją, uciekają w samotność i zamykają się całkowicie na świat. Odchodzą od rodziny, albo jeszcze inaczej. Ludzie naprawdę różnie reagują. Wszystko zależy od tego jak ktoś jest wytrzymały psychicznie, ale też jaka jest pomoc zaoferowana tym rodzinom.
O taką pomoc niestety w Polsce bardzo trudno
To bardzo kuleje. Niestety. Psychoonkologów jest mało. Na przykład jest jedna osoba na całe hospicjum. A nagle potrzeba wsparcia dla pięciu rodzin chorych osób naraz. Ale tu po prostu system jest niedoskonały.
Samych hospicjów w Polsce jest jak na lekarstwo, zwłaszcza dziecięcych.
Teraz właśnie mamy taką sytuację w naszym hospicjum, w którym Natanek odchodził - Hospicjum Cordis w Katowicach, że grozi im zamknięcie. Oni są pod ścianą i nie mają pieniędzy na dalsze funkcjonowanie. To przecież powinno być zagwarantowane przez państwo, a nie jest. Oni jak nie będą mieli sponsorów to przestaną funkcjonować. A kto wtedy zajmie się tymi ludźmi, którzy potrzebują odejść w godnych warunkach? Umieranie w domu też nie zawsze jest dobre. Bo w naszym przypadku Marta zdecydowała się na hospicjum właściwie w ostatnim tygodniu. Czekali do ostatniej możliwej chwili kiedy dawali radę sami. Nie każdy jest na tyle silny albo ma możliwości. Natan ma też brata o dwa lata starszego, widział i doświadczył bardzo wiele. Bardzo mocno przeżył śmierć brata…
Dorosły nie jest w stanie poradzić sobie w takiej sytuacji a co dopiero dziecko. Bo jak dziecku wytłumaczyć coś na co samemu nie ma się odpowiedzi
Wiadomo, że rodzina musi na nowo zacząć funkcjonować i odnaleźć się w tej rzeczywistości. Ale ten ból wcale nie umniejsza się z dnia na dzień, a sam czas ran nie goi, pozwala nam jedynie przywyknąć do tego bólu po stracie. Wizyty na cmentarzach każdorazowo odświeżają wspomnienia. Nawet pani psycholog, która się zajmuje mamą Natanka powiedziała, żeby nie chodzić tam codziennie, bo to niczego nie zmieni. Grób to tylko symbol i jego tam nie ma. On jest w sercu i w głowie. A każdorazowo patrzenie na tę płytę z tym imieniem i nazwiskiem… Na pewno widział pan zdjęcie grobu na Twitterze?
Tak, oczywiście
Opowiem historię to pan spojrzy na zdjęcie jeszcze raz, ale już inaczej. Grób Natanka to jest pokój dziecięcy. Jak pan zobaczy na sam pomnik to jest łóżko, przy nim stoi skrzyneczka z torpedą i to jest szafeczka nocna a ławeczka jest biurkiem. Taka namiastka normalności... Są maskotki, które były przyniesione na pogrzeb i kilka z nich jeszcze się trzyma. Są ciągle niebieskie kwiaty, są niebieskie znicze. Jest medal za wygrane życie od Grupy Medalowej (grupa kilku wspaniałych naszych przyjaciół, wspierających od samego  początku aż do dzisiaj). Nie mogło zabraknąć oczywiście rysunku Pana Torpedy z hashtagiem, bo on sam też o sobie tak mówił.
Wrócę do momentu kiedy decyduje się pani na pomoc siostrze. Dom, dzieci, praca, życie osobiste – jak to wszystko połączyć?
Kiedy wybuchła pandemia musiałam przestać pracować, gdyż sama mam niepełnosprawnego syna, który wymaga asystenta przy nauce. Wtedy mieliśmy naukę online i w związku z jego problemami ze słuchem musi być koło niego fizycznie osoba. A wtedy jego nauczyciel wspomagający był po drugiej stronie ekranu, więc nie było innego wyjścia.
To pani „w międzyczasie”, stawało się międzyczasikiem już dosłownie
(śmiech) Międzyczasikiem, dokładnie. Przy jednym stole w salonie siedziałam ja z synem a z drugiej strony siedziała młodsza córka na drugim laptopie, która miała lekcje online i ciągle prosiła o pomoc. Ale wszystko da się pogodzić jak się chce.
Wszystko wróciło teraz do względnej normy, a dzieci do szkół. Jak tak rozmawiamy, to widzę, że pani raczej nie jest osobą, która usiedzi w miejscu.
Myślimy o stworzeniu fundacji. Ten plan pojawił się właściwie zaraz po śmierci Natanka. Nie chciałabym jednak fundacji w takim klasycznym myśleniu, czyli cel – zbiórka pieniędzy na leczenie. Chciałabym taką fundację, która zakupi dwa lub trzy autobusy z aparaturą do USG, będzie w stanie zatrudnić radiologów dziecięcych i zacznie jeździć po Polsce, szczególnie w te miejsca, gdzie jest praktycznie zerowy dostęp do badań USG dla dzieci. I będzie badać dzieci za darmo, zachęcać, uświadamiać. Będzie można też pobrać krew, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Drugi cel tej fundacji to organizacja konferencji, na które zapraszani będą onkolodzy zajmujący się neuroblastomą, którzy szkolić będą pediatrów pracujących w przychodniach rodzinnych, żeby ci ostatni wiedzieli na co zwracać uwagę.
I okazuje się, że dzieląc swój czas na kilka osób, pomnożyła go pani
(śmiech) Tak. Czasami miałam wrażenie, że doba ma ponad 70 godzin
Wspomniała pani o medalu za wygrane życie, które dostał Pan Torpeda. Pani również powinna taki dostać za dzielność, wytrwałość i świadectwo, że nie wolno się poddawać.
Ja po prostu jestem starej daty. Często ludzie mi mówią, że ja jestem nie z tego świata albo, że nie idę z duchem postępu. Tak zostałam wychowana. Przede wszystkim wpojono mi szacunek do starszych i słabszych. Jestem przerażona tym, jak młodzież podchodzi lekceważąco do starszych osób. Poza tym szacunek do drugiej osoby i to, żeby się dzielić z innymi. Tego mnie tato nauczył, że choćbym miała ostatnią bułkę, to trzeba się nią podzielić jak ktoś jest głodny.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/77763df0068ee867193d2e25ee1aa2fc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/77763df0068ee867193d2e25ee1aa2fc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/290239,genialny-12-latek-z-belgii-ktory-zrobil-magistra-historie-zlotych-dzieci</guid><link>https://dadhero.pl/290239,genialny-12-latek-z-belgii-ktory-zrobil-magistra-historie-zlotych-dzieci</link><pubDate>Tue, 25 Oct 2022 13:34:02 +0200</pubDate><title>12-latek na studiach? Świetny pomysł, żeby zniszczyć mu dzieciństwo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/088fca2700b662dc9aa931af19e06514,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Genialne, wybitne, wybrane, wyjątkowe. Ponadprzeciętne dzieci co jakiś czas (naturalnie rzadko) przychodzą na ten świat, by niedługo potem (w końcu są genialne) skonstruować swój pierwszy wynalazek, a mając lat kilkanaście – zostać magistrem. Media kochają ten topos – wybrańca, złotego dziecka, z angielskiego prodigy, które wykazuje się niezwykłymi, jak na wiek, umiejętnościami. Wydaje się jednak, że patrzymy tylko na jedną stronę tego złotego medalu.

12-letni geniusz z Belgii - Laurent Simons ukończył studia magisterskie w pół roku, licencjackie w rok, a dyplom szkoły średniej otrzymał w wieku 8 lat.
Polskie "złote dziecko" Kamil Wroński indeks Politechniki Lubelskiej otrzymał już w wieku 8 lat.
Pochodzący z polskiej rodziny i urodzony w Chicago Ted Kaczyński w wieku 10 lat uzyskał bez mała 170 punktów w teście IQ, a mając lat 16 – dostał się na Harvard.

Niedawno świat obiegła wieść o 12-letnim geniuszu z Belgii, który w ekspresowym tempie uzyskał tytuł magistra fizyki kwantowej. Laurent Simons ukończył studia magisterskie w pół roku, licencjackie w rok, a dyplom szkoły średniej otrzymał w wieku 8 lat. 
Nie powinniśmy być zatem zdziwieni, jeśli za jakiś czas przed imieniem i nazwiskiem naszego bohatera zobaczymy tytuł „prof.” I to w momencie, gdy jego rówieśnicy nadal będą eksplorowali pomieszczenia akademików i klubów studenckich, a nie świat wiedzy.
Polski geniusz
W podobnym do Laurenta wieku na studia wybrał się Kamil Wroński, który złoty indeks Politechniki Lubelskiej otrzymał już w wieku 8 lat, a w wieku 9 poszedł na pierwsze zajęcia z innymi studentami. Co ciekawe – zarówno on, jak i jego nieco młodszy kolega z Belgii mają bardzo dziecięce marzenia. Ten pierwszy chce zbudować teleport, a Laurent podarować człowiekowi nieśmiertelność. 
Nierzadko genialne pomysły wypływają właśnie z dziecięcej wyobraźni, a jako dorośli – cóż, marzyć przestajemy. Tylko na ile to jest dziecięce bujanie w obłokach, a na ile konkretny plan biznesowy? Innymi słowy – czy te dzieci mogą być po prostu dziećmi?
Tak wczesna kariera naukowa z hipernapędem może negatywnie wpłynąć na pewne sfery życia młodego człowieka, jak choćby wyalienować go z życia rówieśników. Młody geniusz ma inne potrzeby, inne oczekiwania i presję względem jego osoby, a także tempo i środowisko życiowe. Dlatego rodzice Kamila podpisali przed podjęciem przez niego studiów dokument, który zapewniał monitorowanie stanu emocjonalnego chłopca, badanie jego potrzeb oraz dbanie o dzieciństwo i zrównoważony rozwój. 
Jak Kamil oceni przydatność dokumentu – będzie można go zapytać dopiero za jakiś czas. Obecnie Kamil jest na piątym roku studiów i otworzył w tym roku swoją pierwszą firmę już w wieku 14 lat.
Genialny terrorysta
Historia zna też niestety przypadki dzieci, które startując z pozycji geniusza, skończyły na pierwszym miejscu… najbardziej poszukiwanych przez FBI za działalność terrorystyczną. Radykalnym przykładem, w jak tragicznym położeniu może znaleźć się wybitnie uzdolniona jednostka, jest przykład Theodore’a Kaczynskiego, genialnego amerykańskiego matematyka oraz terrorysty o pseudonimie Unabomber. 
Pochodzący z polskiej rodziny i urodzony w Chicago Ted Kaczyński w wieku 10 lat uzyskał bez mała 170 punktów w teście IQ, a mając lat 16 – dostał się na Harvard. Genialny matematyk miał jednak ogromne trudności w przystosowaniu się do życia społecznego, a zwłaszcza w kontaktach z płcią przeciwną.
Świetnie zapowiadający się naukowiec zrezygnował w końcu z pracy na uczelni, zaczął pracować dorywczo, aż w końcu został bezrobotny i zamieszkał w drewnianej chacie w stanie Montana z dala od ludzi, odcięty od prądu i telefonu. Paradoksalnie – to w ścisłym umyśle matematycznym Unabombera zrodziła się koncepcja, że postęp technologiczny jest zgubą ludzkości, a nowe technologie niszczą świat. 
W rezultacie Ted Kaczyński rozpoczął serię ataków terrorystycznych z użyciem bomb, których ofiarami często padali pracownicy uczelni. W 1998 roku Theodore Kaczynski został skazany na dożywocie, a przed zamachami 11 września uznawany był za symbol terroryzmu w USA.
Kto obroni "złote dzieci"?
Przypadek Teda Kaczyńskiego jest przypadkiem ekstremalnym, niemniej warto pamiętać o tym, że wraz z ogromnym talentem przychodzi ogromna odpowiedzialność, która spada na samego geniusza, ale początkowo nawet bardziej na rodziców. 
Osoby wybitnie zdolne już na starcie odstają społecznie od swoich rówieśników, a zachęceni jego zdolnościami rodzice często amplifikują proces. Traktują młodego geniusza jak inwestycję, kreując jego karierę i jeszcze bardziej go alienując w świecie przedwczesnej dorosłości.
Pada także ważne pytanie o jednostkowość dziecka, ale nie w kontekście wyjątkowej zdolności mnożenia na czas, tylko tego, jak je widzą rodzice, bliscy i otoczenie. Sprowadzanie młodego geniusza do roli żywego komputera, maszyny do liczenia, albo rekordzisty na tym, czy owym polu jest przejawem odhumanizowania, a przypięty do piersi dziecka order ze współczynnikiem IQ ciąży tym bardziej, im wyższa jest jego wartość.
 Z umiarkowanym więc optymizmem i mimo wszystko – po ludzku i ze zrozumieniem należy czytać wszelkie doniesienia o kolejnym złotym dziecku, które w wieku 10 lat idzie na studia, bo może się zdarzyć, że gdzieś pomiędzy stronami indeksu zgubiło swoje beztroskie dzieciństwo.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/088fca2700b662dc9aa931af19e06514,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/088fca2700b662dc9aa931af19e06514,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Genialny 12-latek z Belgii - Laurent Simons</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/289429,wojciech-blach-inny-tata-rodzi-sie-do-kazdego-dziecka-wywiad-o-ojcostwie</guid><link>https://dadhero.pl/289429,wojciech-blach-inny-tata-rodzi-sie-do-kazdego-dziecka-wywiad-o-ojcostwie</link><pubDate>Fri, 15 Apr 2022 13:26:57 +0200</pubDate><title>&quot;Chciałbym poznać wyborców Pani Burmistrz z Psiego Patrolu&quot;. Rodzicielstwo według Wojciecha Błacha</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/284e95ea7b69712d71b28021d31497af,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dlaczego potrafi gnać o poranku samochodem, by zjeść śniadanie z synem? Po co trzymał w telefonie kilkadziesiąt nagrań dzwonów kościelnych? I kto właściwie wybrał Panią Burmistrz w "Psim Patrolu"? O to wszystko pytam Wojtka Błacha, aktora serialowego i teatralnego, dla którego i tak najważniejszą rolą życia jest ojcostwo.

Z Wojtkiem próbujemy zgrać się jakiś czas. Najpierw on ma próby przed premierą w teatrze,
potem  kalendarz wypełniają mu nagrania do serialu, a jeszcze przecież łączy karierę z życiem rodzinnym. Ile ról jest w stanie przyjąć w swoim życiu? Sporo, ale najważniejsza jest jedna – tata. 
Błach jest ojcem trzech synów: Bruna, Jeremiego oraz Norberta. Rozstał się z mamą swojego pierwszego dziecka, ale pozostaje zaangażowanym ojcem. Jak przeczytacie poniżej, zawsze znajdzie chociaż kilkadziesiąt minut, żeby zbić piątkę z Brunem i podrzucić go do szkoły. 
W końcu dzień po dniu dzwonimy do siebie, rozłączając się po usłyszeniu głosu
zapraszającego do nagrania wiadomości. Ale czujemy, że sukces jest na wyciągnięcie ręki. 
- Zawsze to tak wygląda? - pytam go, gdy w końcu udaje nam się zdzwonić. On wraca
samochodem z Wrocławia, ja w ciągu dnia znajduję chwilę, aby zamknąć się przed
dziećmi w sypialni (praca zdalna, ugh). - Zdaje się, że ciągle biegasz z miejsca na miejsce.
- Zawsze - odpowiada i dodaje, że w ostatnich dniach skumulowała się mu praca. A wszystko dlatego, że wyszarpał urlop pomiędzy 14 a 20 lutego, by być w nieustannej gotowości na przyjście potomka. I co? Norbert urodził się 20 lutego, więc wszystkie przesunięte projekty od razu posypały się Wojtkowi na głowę.
- Spędziłem jeden dzień z rodziną i poleciałem na plan - wyznaje.
Kolejny facet w rodzinie
Dopytuję go o szczegóły akcji porodowej. W dniu narodzin syna wrzucił na swój profil na
Instagramie osobliwą fotkę z... toi toi'em. - Spędziłem dwie godziny, czekając, aż Agnieszkę przyjmą na oddział. Obowiązywały przepisy przeciw COVID-19, więc mogłem wejść, dopiero gdy żona miała przydzieloną już salę. Więc kręciłem się tu i ówdzie, zabijając czas. 

                
                    
                
                - Trochę się martwiłem, czy po dwóch godzinach w tych wyjątkowych okolicznościach i bez
kontaktu z żoną, będę tam jeszcze potrzebny.
Trochę się śmiejemy z tego "królewskiego" miejsca oczekiwania na potomka. Gdyby
Wojtek Błach żył w XVII wieku i był królem, jako ojciec trzech synów, spałby spokojnie w trosce o swoje dziedzictwo.
- Nawet nam ulżyło, że urodził się kolejny facet w rodzinie. Mieszkamy na 50 metrach kwadratowych, a dla dziewczyny trzeba by było szukać indywidualnej przestrzeni.
Mówi, że tak im dobrze. - Jesteśmy blisko siebie - tłumaczy. - Żyjemy po włosku.
Niedawno premierę miał zupełnie nowy serial Wojtka. "Niebła(c)he rozmowy o rodzicielstwie"
to pierwsza w Polsce seria edukacyjna dla rodziców, która powstała dzięki marce Kinderkraft.
Aktor wraz z żoną, we współpracy z Ginekologiczno-Położniczym Szpitalem Klinicznym im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, w ciekawy i niekonwencjonalny sposób dzieli się wiedzą dotyczącą przebiegu ciąży, pierwszych lat życia dziecka oraz oczywiście mądrego i  szczęśliwego rodzicielstwa.
Babskie gadanie? Za nic. Program prowadzi facet i wie, jak wyciągnąć esencję z tematu, który jest jednym z najważniejszych etapów w życiu. Już pierwszym odcinku dowiadujemy się, że bez fotelika nie ma szans, aby wyjść ze szpitala z noworodkiem. Ktoś wam o tym mówił na szkole rodzenia? No właśnie. 

Komu bije dzwon?
Sama też go podpytuję, czy potrafi wskazać 5 rzeczy charakterystycznych dla  wychowywania synów. Mówi: - Najważniejsza rzecz w rodzicielstwie to do niczego się nie przyzwyczajać.
Zaraz potem zaczyna się śmiać i opowiada, że pierwszy syn - Bruno, był zakochany w
dzwonach. Miłość dziecka do "bam, bam" była tak silna, że Wojtek miał w głowie zapamiętany rozkład bicia dzwonów kościelnych (prawdziwych, a nie z głośnika) z całej Warszawy.
- Z naszego okna widać było dzwony kościoła na Powiślu. Gdy były o 17. 30, mówiłem do
małego: "No kolego, powoli czas na kąpiel i dobranockę". Niestety teraz wybudowano tam biurowiec, dzwonów nie widać, a Jeremi (drugi syn - przyp. red.) na widok zbudowanej przeze mnie wieży z klocków i przyczepionych do niej metalowych dzwonków, tylko wzruszył ramionami - wspomina aktor. 
Za czasów Bruna miał w telefonie nagrania dzwonów z całego świata, razem z małym oglądał w internecie kreskówki o tym, jak robi się dzwony oraz historie najbardziej znanych na świecie zegarów z.. a jakże, dzwonami. 
Wspomina, że będąc kiedyś na wakacjach na wsi z rodziną, dostał od kościelnego klucze do
starej, 100-letniej dzwonnicy, by podziwiać misterną metalurgiczną pracę z bliska. 
Co ten Reksio?!
Pytam Wojtka, czy pamięta, który z dinozaurów był ulubionym jego chłopców i któremu kibicuje w festiwalu preferencji najmłodszego syna.
- Już nie pamiętam. Teraz jesteśmy w erze Superbohaterów. Osobiście zakochałem się w
filmie Lego o Batmanie. Do tego wkręcamy się w mądre kreskówki jak na przykład "Oktonauci".

                
                    
                
                Zaczynamy przez chwilę rozmawiać o Mantolocie, kolejnych częściach dzielnych obrońców
oceanów, a wreszcie Wojtek mówi, że na pewno należy uważać z bajkami z naszego dzieciństwa.
Wspomina, jak na chybił-trafił wybrał do oglądania z Brunem odcinek kultowego Reksia. Pech chciał, że akurat w tym epizodzie pieska budzi niepokojący zapach dymu papierosowego, a winowajca nie tylko rzuca niedopałek na ulicę, zamiast do kosza, co skutkuje pożarem, ale zostaje także pobity przez lokalną społeczność.
- "Co ja wybrałem?!" Myślałem sobie. A dziecko oczywiście wszystkiego ciekawe, więc odpowiadałem na pytania o papierosy, sprzątanie śmieci i przemoc - wspomina.
Skoro już tak obgadujemy świat dziecięcej popkultury, zahaczam o "Psi Patrol". Nie ma na świecie dziecka, które oparłoby się miłości do szczenięcego oddziału specjalnego.
- Moje dzieci nie oglądały bajek do 3 roku życia, więc rzeczywiście trochę teraz nadrabiają.
I "Psi Patrol" pojawił się oczywiście jako jeden z faworytów rodzinnej rozrywki - mówi Wojtek.
- Nie masz dość Chicaletty? - dopytuję o kurę, która występuje w serialu dla dzieci i często wpada w tarapaty.
- Niezmiernie dziwi mnie niezdrowa relacja kury z panią burmistrz. Chciałbym poznać jej wyborców - żartuje Błach.
Mówi, że zdarza mu się prosić kolegów po fachu, którzy podkładali głos pod znane bajkowe
postacie o nagranie życzeń dla jego chłopców.
- Ostatnio Grzesiek Pawlak, który poddaje głos jako Skipper z "Pingwinów z Madagaskaru", powiedział Jeremiemu, że doszły go plotki o tym, że będzie miał braciszka i jego zdaniem to całkiem "lodzio miodzo sytuacja".
Trzech ojców w jednym
Czy dzięki temu, że chłopców dzieli ich 7 lat różnicy wieku, czyni z Wojtka ninja dziecięcych zajawek i guru wychowania?
Jego synowie mają różne temperamenty, różne mamy oraz różne zainteresowania.
- Ale kochają się na zabój. Ja się nauczyłem przez te lata, że nie wolno niczego w przypadku dzieci zakładać z góry. Oczywiście w początkach budowania rodziny patchworkowej ma się nieodpartą potrzebę wynagrodzenia dziecku tego rozdarcia na dwie rodziny. Jednak cieszę się, że Bruno nie jest jedynakiem - mówi Wojtek.
Stara się, jak może. Tłumaczy mi, że kalendarz jego i byłej partnerki jest ruchomy. Oboje
są aktorami (aktualna partnerka Wojtka też jest aktorką), manewrują pomiędzy datami pracy na planie, premierami w teatrze a akademiami szkolnymi dzieci i potrzebą pójścia z rodzicem na lody czy do kina. Wszyscy razem kierują się dobrem dzieci. 
- Nie pracuję non stop. Staram się co drugi dzień wrócić do domu, nawet jeśli codziennie mam zdjęcia. Gdy gram gdzieś blisko, jadę swoim autem, żeby zjeść z Brunem śniadanie i odwieźć go do szkoły. Mamy dla siebie chociażby te 40 minut, żeby wzmocnić i pogadać o naszej relacji - mówi Błach.

                
                    
                
                To jego główna idea dotycząca rodzicielstwa. Nie ma jednego ojca dla każdego dziecka.
Tata za każdym razem rodzi się w nowej relacji . Najpierw urodził się Wojciech-ojciec w relacji z Brunem, zupełnie inny pojawił się, gdy na świat przyszedł Jeremi, a na początku roku zaczął rozwijać się tata Norberta.
Tłumaczy, że jego zdaniem trzeba zawsze iść za potrzebami dziecka. Bywamy przyzwyczajeni do tego, co lubi, jak zachowuje się pierworodne, ale z każdymi narodzinami mamy do czynienia z zupełnie nowym człowiekiem. 
Zauważa, jak Jeremi zmienił się z nieśmiałego chłopca w rozgadanego przedszkolaka, albo jak w przeciwieństwie do starszego brata złapał bakcyla na granie w piłkę. 
-  Staram się ich otulić. Pokazać, że jestem i podążę za nimi, gdziekolwiek mnie zaprowadzą. Tym bardziej że nie wiadomo, czy najmłodszy będzie miał jeszcze zajawkę na dzwony. Choć tę trasę już znam, pora na nowe hobby - śmieje się Wojtek.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/284e95ea7b69712d71b28021d31497af,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/284e95ea7b69712d71b28021d31497af,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wywiad z Wojciechem Błachem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/289294,kolega-dreczy-moja-corke-co-powinien-zrobic-ojciec</guid><link>https://dadhero.pl/289294,kolega-dreczy-moja-corke-co-powinien-zrobic-ojciec</link><pubDate>Thu, 17 Mar 2022 11:28:07 +0100</pubDate><title>Kolega ubliżył jej w szkolnym autobusie. Odpowiedź taty dziewczynki zachwyca</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/1548f9ae597d04c0015d134936d466dd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />9-letnia dziewczynka padła ofiara niezbyt wybrednego żartu ze stron swoich szkolnych kolegów. Jej ojciec w dosadny sposób tłumaczy, że co jak co, ale czasem warto trzymać język za zębami, bo jedno słowo może zburzyć całą pewność siebie niewinnego dziecka.

Brandon Janous napisał list do kolegi swojej córki, który nazwał ją brzydką. Jego odpowiedź to wzruszające wyznanie miłości ojca do córki oraz odezwa do rodziców wszystkich dzieci, by wspierały je w tak trudnych momentach, jakimi jest brak akceptacji rówieśniczej. "Różnica zaczyna się w domu, a życzliwość zaczyna się od nas" - pisze w poście na Instagramie Brandon.
"Chłopaku, który pewnego dnia nazwałeś moją córkę brzydką w szkolnym autobusie, mam ci kilka rzeczy do powiedzenia" - zaczyna list tata trójki dzieci.
W jego tekście znajdziemy wiele cennych rodzicielskich myśli, które nie tylko świadczą o jego zaangażowaniu w wychowanie dzieci, ale także mogą być drogowskazem dla innych ojców, jak rozmawiać z córkami i uczyć je akceptacji swojego ciała.

                
                    
                
                "To, co powiedziałeś mojej córce, było nie tylko całkowitym kłamstwem, ale było naprawdę bolesne. Wiem, że prawdopodobnie nie obchodzi cię, że ją skrzywdziłeś. [...] Ale to, co powiedziałeś, zrujnowało jej cały dzień. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo twoje słowa mogą zranić ludzi. Ale jestem tutaj, aby ci powiedzieć, że tak jest".
Tata Cooper, bo tak ma na imię dziewczynka, która stała się ofiarą dręczenia w szkole, pisze, że kilkulatka uwierzyła, że naprawdę jest brzydka. 9-latka popadła w obsesje przeglądania się w lustrze i kontrolowania swojego wyglądu. W ten sposób zapomniała, że jest wartościową osobą, bo jest sobą. Komentarz chłopca odebrał jej całkowicie pewność siebie. "Twoje słowa zmieniły sposób, w jaki ona siebie widzi" - pisze Brandon.
"Moja córka jest taka inteligentna. Jest odważna, dowcipna, odporna, utalentowana, miła, zdeterminowana, wspierająca i odważna. Mógłbym mówić dalej i dalej. Jest kochana i bez wątpienia jest wspaniała, zarówno w środku, jak i na zewnątrz" - charakteryzuje swoją córkę.
Zwraca się z apelem do rodziców, by zwrócili uwagę na to, co mówią ich dzieci i uświadomili ich, że życzliwość to jedyna słuszna droga w podejściu do drugiego człowieka.
"Zdaję sobie sprawę, że zastraszanie i wyzwiska będą pojawiać się każdego dnia, w każdym autobusie szkolnym i w każdej klasie. Ale to nie znaczy, że możemy to zignorować. Musimy porozmawiać z naszymi dziećmi".

]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/1548f9ae597d04c0015d134936d466dd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/1548f9ae597d04c0015d134936d466dd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Chłopiec dręczył jego córkę. Ojciec dziewczynki odpowiada</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/289047,robert-lewandowski-tata-ktory-robi-corce-kucyka-odkurzaczem</guid><link>https://dadhero.pl/289047,robert-lewandowski-tata-ktory-robi-corce-kucyka-odkurzaczem</link><pubDate>Mon, 17 Jan 2022 10:39:11 +0100</pubDate><title>Robert rozbił bank umiejętności fryzjerskich. Zrobił córce kucyka... odkurzaczem [WIDEO]</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/b500418cd6c2480dde2ffdc9514bfcf6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nowy rok Robert Lewandowski zaczyna z przytupem. I wcale nie chodzi o jego umiejętności piłkarskie, a rodzicielskie. Nagrał filmik, jak robi swojej starszej córce kucyka, a używa do tego domowego AGD, na którego widok fryzjerkom jeży się włos na głowie.

"Tato, zrobisz mi kucyka?" - pytanie, które czasami powoduje u ojców konsternację, czasami luz blues, a bywa, że paniką i odesłanie do mamy.

Tymczasem od lat w sieci krąży wideo z trickiem, który pozwala zrobić koński ogon w mniej niż 5 sekund. We fryzjerskiej sztuce układania włosów pomaga... odkurzacz.

Z tego jakże prostego, a wielofunkcyjnego urządzenia skorzystał Robert Lewandowski, który pod nieobecność Ani układał włosy swojej starszej córce Laurze.

Sprytny tata nałożył na rurę odkurzacza gumkę do włosów, kosmyku zebrał w kitę i włożył do rury urządzenia. Stopniując moc odkurzacza, wciągnął włosy i zawiązał piękny kucyk.


Sami zobaczcie.  Pod wrażeniem jego umiejętności była sama Anna, która podzieliła się nagraniem męża na swoich profilach w mediach społecznościowych. Robert po raz kolejny udowodnił, że potrafi w social-media oraz tacierzyństwo.
                    
                    
                    
                    
                
                 
                
Może cię zainteresować: Paweł Małaszyński tym zdjęciem wygrał internet - oraz nasze serca ]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/b500418cd6c2480dde2ffdc9514bfcf6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/b500418cd6c2480dde2ffdc9514bfcf6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Lewandowski robi córce kucyka odkurzaczem</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/288965,tomasz-manowski-i-bidul-crew-marka-stworzona-ze-wspomnien-z-domu-dziecka</guid><link>https://dadhero.pl/288965,tomasz-manowski-i-bidul-crew-marka-stworzona-ze-wspomnien-z-domu-dziecka</link><pubDate>Fri, 10 Dec 2021 22:09:02 +0100</pubDate><title>&quot;Świat poza bidulem jest słaby&quot;. Tomek Manowski o tym, że dom dziecka czasem jest najlepszym domem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/8a8764018b201ecd6a51cdf1d6c8f443,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jak dorasta się w domu dziecka? Głośno i chaotycznie. Tomek Manowski stworzył markę Bidul, która nawiązuje do jego osobistych wspomnień związanych z dorastaniem w placówce wychowawczej. Nadał kształt swojej zajawce i odniósł sukces, teraz chce pomóc innym z domów dziecka, którzy będą stawiać pierwsze kroki w dorosłości.



 Tomasz Manowski to twórca marki Bidul.
 Firma odzieży street wearowej inspirowana jest osobistymi doświadczeniami Tomka, który dorastał w domu dziecka.
 Bidul Crew ma pomagać wychowankom placówek wychowawczych w znalezieniu pierwszej pracy i starcie w dorosłość.

7 lat temu siedział w domu, nudził się jak mops i wymyślił, że stworzy street wearową markę odzieżową, by pomóc młodzieży z domów dziecka w wychodzeniu z do "normalnego" życia.

Sprzedał cztery sztuki, kilka sobie zostawił, a resztę oddał placówkom wychowawczym. Nie był to sukces sprzedażowy, ale Tomkowi nie chodziło o kasę, tylko o powołanie do życia swojej zajawki, którym jest street wear.


Jednak kropla drąży skałę i choć dropy w sklepie odbywają się, jak Tomek zarobi trochę grosza, żeby zapłacić za produkcję, to marka Bidul ciągle istnieje. A właśnie rozpostarła skrzydła i robi się o niej głośno.Czytaj też: Dobro jest super: samotny ojciec adoptował chłopca dwukrotnie porzuconego przez rodziców "Na temat dzieci z bidula krąży mnóstwo stereotypów: są biedni, kradną, ćpają. Wielu ludzi szufladkuje nas w mało przyjemny i niezgodny z rzeczywistością sposób. Wielokrotnie doświadczyłem uprzedzeń tylko dlatego, że wychowałem się w domu dziecka. Moim marzeniem jest, by marka BIDUL stała się krokiem w kierunku akceptacji i demitologizacji osób o historii podobnej do mojej" – pisze o sobie i swojej firmie w poście, który okrążył portal LinkedIn i rozsławił jego projekt.
Skąd się wziął Tomek Manowski?
Bidul Crew został założony przez Tomka Manowskiego, wychowanka ostrołęckiego domu dziecka, w którym przebywał, od kiedy skończył 7 lat.


W rodzinnym domu była ich 7., ale w związku z różnymi dziejami losu, tylko trójka braci trafiła do ośrodka opiekuńczego. 
	
		
											
					
				
				Fot. Milena Stańczak
					

Tomek trafił do ośrodka w Ostrołęce. – Są różne domy dziecka. Ja trafiłem świetnie – mówi. I dodaje, że coraz częściej nachodzą go myśli, że chciałby wrócić do bidula.

– Świat poza bidulem jest słaby. Przepraszam, ale mówię wprost – wyznaje. – Brakuje mi chaosu, poczucia, że ktoś jest obok. Czuję się obco, będąc samemu w mieszkaniu i jedząc posiłek. W domu dziecka było nas około 120 dzieciaków, zawsze można było z kimś porozmawiać – mówi Tomek.


Skończył szkołę plastyczną w Łomży i pracuje jako grafik. Założył markę Bidul, by pomagać tym, którzy wychodzą z domu dziecka i szukają pracy.

– Nie jestem fundacją, nie chcę żebrać i zbierać hajsu dla nich. Chcę im dać pracę, pokazać, że można robić coś fajnego, nie podcinać im skrzydeł, jeśli mierzą wysoko – tłumaczy Manowski. – Chce się skupić na jednej osobie, a potem kolejnej i kolejnej. Wiadomo, że wszystkim nie pomogę, ale mogę zatrudnić ich u mnie, dać pracę i zarobić na życie.
                    
                Spędził w domu dziecka prawie 15 lat, ale jeszcze w życiu dorosłym przyjeżdżał do placówki. Jeszcze w trakcie wychodzenia z placówki, organizował koncerty i spotkania z artystami, z których dochód trafiał do domu dziecka. 


– Pieniądze ze sprzedanych biletów trafiały bezpośrednio do dzieciaków, które mogły same zdecydować, gdzie chcą iść. 
Co z bidula jest w Bidulu?
Ubrania z Bidula trafiają do odbiorców w czarnych materiałowych workach. Ten gest inspirowany był foliowymi, czarnymi workami na śmieci, w których do domów dziecka trafiały ubrania od darczyńców.

I opowiada, że chociaż na święta zawsze ludzie przysyłali do placówki więcej ubrań i prezentów, to niczego mu nie brakowało. Co jakiś czas były "rzuty" nowych rzeczy do bidula.

Wychowankowie mieli też drobne kieszonkowe na własny użytek, a Tomek od pełnoletności rentę po zmarłym ojcu, które pozwoliła mu po wyjściu z placówki rozwijać swoje pasje. Z tych pieniędzy zorganizował też opisany wyżej koncert. 
	
		
											
					
				
				Fot. Milena Stańczak
					

Pytam, co jeszcze z bidula wniósł do marki. Zaczyna mówić o potrzebie porządku, szczerości, która była naturalną siłą wśród dzieci.


– A logo? – dopytuję. – Mi się kojarzy z tą dziecięcą zabawą, żeby narysować domek, bez odrywania ręki od kartki.

– Też się w to bawiłaś? Tak, logo to domek z zabawy. Nie wymyślam rzeczy na siłę, ten domek, czy worki, w których wysyłamy ubrania, przychodzą do mnie same. Ja jestem utkany z takiego dzieciństwa – mówi Tomek.

Ich koszulki zawsze nawiązują do czegoś związanego z dorastaniem w placówce wychowawczej. – Ale nie szyję tylko dla osób, które wyszły z domu dziecka. To ubrania dla wszystkich, którzy chcą mieć fajny ciuch – dodaje Manowski.

– Założyłem firmę dla siebie, bo chciałem pokazać mojej mamie, że robię coś fajnego i żeby się nie martwiła. Żeby była dumna.


Mama Tomka zmarła w ubiegłym roku, by uciec od smutku i poczucia straty, zaczął działać. I całkiem mu się to udało.
	
		
											
					
				
				Fot. Milena Stańczak
					

Może cię zainteresować: Człowiek trzeciej kategorii. Droga do adopcji dziecka przez samotnego faceta jest drogą przez mękę ]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/8a8764018b201ecd6a51cdf1d6c8f443,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/8a8764018b201ecd6a51cdf1d6c8f443,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Tomasz Manowski i Bidul Crew. Marka stworzona ze wspomnień z domu dziecka</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/288841,shaquille-o-neal-sprowadzil-swoje-dzieci-na-ziemie-to-ja-jestem-bogaty</guid><link>https://dadhero.pl/288841,shaquille-o-neal-sprowadzil-swoje-dzieci-na-ziemie-to-ja-jestem-bogaty</link><pubDate>Wed, 03 Nov 2021 10:58:49 +0100</pubDate><title>Shaquille O&#039;Neal sprowadził swoje dzieci na ziemię: &quot;My nie jesteśmy bogaci, ja jestem&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/ea3a01e146dbef80b137f9b4d58c4ca9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Shaq się nie bawi w gładkie słowa. Ojciec szóstki dzieci powiedział w wywiadzie, że jego potomkowie nie mają co liczyć na kawałek tortu od nadzianego tatusia. "Ja jestem bogaty" - mówi O'Neal, a jeśli dzieciaki chcą skorzystać z jego pieniędzy, muszą na nie zasłużyć.

Koszykarz był gościem podcastu Earn Your Leisure i naprawdę się otworzył. Wielki facet o miękkim sercu i znanej słabości do skrzydełek z kurczaka trzyma swoje dzieci twardą ręką. Szczególnie odgania je od swoich kont bankowych.

"Mówię im cały czas. Nie jesteśmy bogaci. Ja jestem bogaty" - powiedział Shaq. I ujawnił, że jeśli jego dzieciom marzy się uszczknięcie trochę kasy z sejfu tatusia, muszą się postarać.

Były koszykarz wylicza: "Musisz mieć tytuł licencjata lub magistra, a następnie, jeśli chcesz, żebym zainwestował w jedną z twoich firm, będziesz musiał ją przedstawić. Dam ci znać, nie daję ci nic".
	
		
											
					
				
				Shaquille O&#39;Neal ze swoimi dziećmi•Fot. NV / Splash News/EAST NEWS
					

Jak mówił dalej, nie obchodzi go, czy któreś z jego dzieci będzie grało w kosza. Chciałby, by zostali lekarzami, właścicielami funduszu hedgingowego, farmaceutami, prawnikami czy właścicielami firmy lub osobami, które przejmą jego schedę. Nie wskazuje palcem i nie wyznacza przyszłości swoim dzieciom i nie płaci za nią, jeśli nie będą odpowiednio się starać, by osiągnąć swój cel.


"Nie zamierzam ci tego wręczyć. Musisz na to zasłużyć" - powiedział w podcaście.

A tata miałby z czego wydzielać, bo majątek Shaquille'a szacowany jest na 400 milionów dolarów netto. Ex-koszykarz dorobił się nie tylko na grze na boisku. Jest analitykiem w TNT "Inside the NBA" i ma podpisanych 50 kontraktów reklamowych, w tym Gold Bond, Reebok, Pepsi i The General. Istnieje również wiele przedsięwzięć gastronomicznych, takich jak Papa John's, Big Chicken i Shaquille's.
                    
                    
                    
                    
                
                
                Gwiazda Orlando Magic, Los Angeles Lakers, Miami Heat, Phoenix Suns, Cleveland Cavaliers i Boston Celtics wprowadziła do świata koszykówki już trójkę ze swoich dzieci. Jest szansa, że O'Neal bardzo szczegółowo przyjrzy się ich planom rozwoju kariery. Czytaj też: Ten szczegół sprawi, że inaczej spojrzycie na serial Netflixa "Ostatni taniec" o Michaelu Jordanie ]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/ea3a01e146dbef80b137f9b4d58c4ca9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/ea3a01e146dbef80b137f9b4d58c4ca9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Shaquille O&#039;Neal sprowadził swoje dzieci na ziemię: &quot;To ja jestem bogaty&quot;</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/288775,mariusz-wojcinski-czyli-najlepszy-nauczyciel-na-swiecie-z-polski</guid><link>https://dadhero.pl/288775,mariusz-wojcinski-czyli-najlepszy-nauczyciel-na-swiecie-z-polski</link><pubDate>Thu, 14 Oct 2021 09:02:36 +0200</pubDate><title>Najlepszy nauczyciel na świecie uczy w Polsce. Wojciński: &quot;Nie klepmy paciorków z podręcznika&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/ab6907aa6816188aef2349bb21ee2bc8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W polskiej szkole wkurza go to, że mało komu chce się coś więcej. Ale nie jemu. Prowadzi dwa wychowawstwa, wychowuje dwóch synów, jest administratorem informatycznym szkoły, ale zawsze znajdzie czas, żeby wciągnąć swoich uczniów w jakiś międzynarodowy projekt. I dlatego został nagrodzony tytułem Global Teacher Award.

Po prostu dostał miłego maila na skrzynkę i dowiedział się, że został nominowany do nagrody Global Teacher Award. Nauczyciel przedmiotów ścisłych z Niepublicznej Szkoły Integracyjnej w Inowrocławiu, Mariusz Wojciński, zachęca nauczycieli i uczniów, aby wyszli ze swojej strefy komfortu, bo tam, poza nią, czekają projekty, innowacje i ciekawi ludzie, którzy mogą ich wiele nauczyć.

Jak się dowiedziałeś, że należysz do grona najlepszych nauczycieli na świecie?

Dostałem formularz do wypełnienia pod nos. Jeden z kilkunastu jakie dostaję, z informacją, że mam podać nazwiska 5 innych nauczycieli, którzy potwierdzą, że uczę w szkole. To gdzieś poszło i... zapomniałem o tym. Nagle przychodzi fajny mail, że mam dosłać swoje zdjęcie z paszportu, bo dostaję nagrodę.


Trzeba dać serduszko pod jakimś postem, żeby ją otrzymać?

Nie, podobno już jest wygrana (śmiech).

Opowiedz o swojej globalnej działalności.

To nie ja, to moje dzieciaki. Pracuję w szkole integracyjnej, mam dwie klasy wychowawcze, taki przywilej - ósmą i piątą. To są bardzo aktywne klasy.
	
		
											
					
				
				Fot. archiwum prywatne
					

Jak wygląda twoja klasa?

Mam 15 osób w klasie, 5 z zespołem Aspergera, 2 z niedostosowaniem społecznym, jedną osobę niedowidzącą, jedną niezdiagnozowaną. Więc jest fajnie (śmiech).

Dzięki moim klasom odnoszę sukcesy. Gdy dostałem wychowawstwo, był płacz i lament, bo wprowadzałem surowe zasady. Byłem "wredny, okropny i zepsułem im rodziców, bo teraz każą się uczyć". Dotarliśmy się po pół roku. To jest duży sukces, również dla rodziców, że nie muszą ingerować w życie klasy, bo sami się dogadujemy.


Jak się uczy zdalnie klasę ze szczególnymi potrzebami edukacyjnymi? Dużo się o tym mówiło w kontekście pandemii, głównie o brakach technologicznych i stratach edukacyjnych, ale jak wyglądała nauka w praktyce?

Moi uczniowie świetnie sobie poradzili na zdalnym nauczaniu i z niego tak naprawdę wzięło się nasze globalne działanie.

Choć samo ustawienie lekcji było dla mnie ciężkie, jako administratora IT. Zakładanie wszystkim uczniom maili, wysyłanie informacji do rodziców, odbieranie setek telefonów "a mi nie działa"... Mój telefon o 8 rano był rozgrzany do czerwoności. Ale nie od uczniów mojej klasy. To oni pisali do mnie na Messengerze "Lekcja się zaczęła, ale nauczyciela nie ma".


Informatyka załatwili, bo prowadził lekcję o skrótach klawiszowych, więc podsunęli mu skrót do wywalenia z zajęć.

A globalnie to...

Napisaliśmy z nauczycielami z mojej szkoły książkę o dzieciach autystycznych. Przetłumaczyliśmy ją na angielski z pomocą nauczycieli ze Stanów Zjednoczonych. Potem przyszło zaproszenie na spotkanie organizowane przez Uniwersytet Illinois, było 36 nauczycieli z Europy .

Teraz współpracujemy z Google i Microsoftem. Nienawidzę pracy z podręcznikiem, dla mnie może on nie istnieć, ale niestety jest na to dotacja, więc na biurku musi leżeć.


Moi uczniowie potrafią zwrócić uwagę innym nauczycielom, żeby schowali podręcznik, bo przecież w klasie jest tablica i ekran interaktywny, po co im książka?

Brałem udział w kilku konferencjach międzynarodowych i omawialiśmy działanie polskich szkół integracyjnych. Teraz ruszam z własnym projektem, na który zaprosiłem nauczycieli z Kenii, Argentyny, USA, Australii, Japonii, Macedonii.. A i Palestyna ostatnio się odezwała. A, Pakistan. Totalna mieszanka kulturowa. Będziemy mówić o ICT w nauczaniu, porównywać, jak to wykorzystujemy.

A dzieciaki robią projekt z UNICEFEM i eTwinning o ekologii, przygotowują ankietę i prezentację. Uszyliśmy maskotkę, kropelkę wody, która będzie krążyła po świecie. Poleci do kraju partnerskiego z wizytówką z naszego kraju. Założenie jest takie, że kropelka zwiedza miasto i leci dalej. Wróci do nas z pakietem zdjęć z całego świata. Uczniowie właśnie stawiają stronę internetową, na której można będzie śledzić kropelkę na mapie i ankietą, ile wody zużywa kolejny kraj.


Czekamy trochę na wsparcie wewnętrzne, chociażby pieczątkę z ministerstwa. Nasze władze miasta wspierają nas, ale potrzeba wyższej instancji (śmiech).
                    
                    
                    
                    
                
                W ubiegłym roku robiłeś akcję z nauczycielami z całego świata, którzy wysyłali życzenia do uczniów zamkniętych w domach. Jest z tego filmik na YouTube, grupa na Facebooku dalej działa i widzę, że stała się platformą dla pedagogów do budowania międzynarodowych projektów.

Nagraliśmy filmik na Dzień Dziecka w ubiegłym roku. Chcemy taką akcję powtórzyć, już nie nagrywać życzenia dla dzieci, choć znów zgrać nauczycieli z całego świata i zrobić coś fajnego. Po to, żeby pokazać nauczycielom, że można. Oraz dać bodziec dzieciom, że skoro my nauczyciele robimy projekt w języku, którego nie potrafimy, po francusku czy po niemiecku, to czemu oni nie mogliby poznać ludzi z innych krajów.


Ta grupa była wyjściowa, ale przekuła się w Illinois w spotkania międzynarodowe. Uczniowie brali udział w konkursie wiedzy o Europie w Irlandii. W ten sposób działamy, a moje dzieciaki czują się zmotywowane do wychodzenia poza ramy standardowego nauczania.

W Polsce nauczyciele są zaszufladkowani. Nie tylko systemowo, ale po prostu, bo tego chcą. Idą odklepać lekcje, najlepiej z tego samego tematu piąty rok z rzędu. Ja staram się to przełamać.

Nauczycieli z mojej szkoły zalewam mailami o międzynarodowych projektach edukacyjnych. Najbardziej zdumiewa mnie to, że angliści nie chcą brać udziału w tych kooperacjach. Zapraszam nauczyciela biologii z innej szkoły do projektu, a on mówi "chyba cię pogięło, mi jest dobrze, tak jak jest".


I potem dzieciaki mają problem. Rozmawiałem teraz z ósmą klasą, bo oni pójdą do innej szkoły od przyszłego roku i nie będzie już tak fajnie jak tutaj. U nas są inne relacje, mówimy do siebie po imieniu, mają mój numer telefonu i mogą do mnie pisać o każdej porze.

W innych szkołach może być problem. U mnie zdarza się, że na lekcji jeden uczeń dostanie szału i rzuca przecinkami "kur..., kur...", wywraca ławkę czy kopie w szafę. Ja wiem, co robić, czują się tu bezpiecznie, w szkole, która rozumie ich potrzeby i odpowiada na nie.

Natomiast inni nauczyciele mogą tego nie tolerować. Szczególnie gdy wejdą w edukację systemową, która odmawia paciorek z podręcznika.
                    
                Czy normalny system edukacyjny, nieintegracyjny, zabije całą wiedzę i chęć do nauki, którą twoje dzieciaki nabyły w szkole?


Tak. My jesteśmy kompleksem placówek, bo mamy przedszkole, żłobek, szkołę średnią. Dzieciaki z zaburzeniami mogą kontynuować naukę w zakresie jednej placówki. Natomiast są dzieciaki, które mają większe ambicje, chcą iść do profilowanych szkół średnich i na studia.

Ja nie zabijam tych marzeń, wręcz zachęcam ich, aby wyszli z tej szkoły. Natomiast uświadamiam im, że społeczeństwo "tam" funkcjonuje inaczej.

Uczniowie ze spektrum autyzmu różne się zachowują. Mam ucznia, który panicznie boi się zarazków. Nikomu nie wolno dotykać jego książek, zeszytów, nawet ławki, drzwi do sali otwiera sobie w rękawiczkach. I on teraz ma iść do "normalnej szkoły" i funkcjonować jak inne dzieci...


Mam z nim wypracowane umowy, w których ja spryskuję ręce płynem do dezynfekcji, zanim zaczniemy razem pracować. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w systemowej edukacji to dla niego zrobił.

Pierwsza reakcja, z jaką się spotka to pretensja nauczyciela, który ma 30 osób w klasie, że jest przeszkadzający, rozwalający lekcję i generujący problemy. Mnie on nie przeszkadza, gada na lekcji i spoko, chce śpiewać, śpiewa. Reszta klasy wie, że akurat kolega ma taką fazę, że musi z siebie to wyrzucić i nie zwraca na niego uwagi, nic się nie dzieje.

W innej szkole byłby problemem. I ten ostracyzm, nie tylko ze strony nauczyciela, ale także innych dzieci, może sprawić, że on coś zrobi sobie albo rówieśnikom, bo są to dzieci, u których występują samookaleczenia.


Na godzinach wychowawczych rozmawiamy o tym. Czasem wychodzę jeden na jeden z uczniem na spacer, idziemy do centrum miasta, do "normalnych" ludzi i patrzymy, jak reagują na zachowanie dziecka, oswajam też je z tłumem, patrzymy, i ja, i on, czy inni ludzie go nie denerwują i nie wzmagają reakcji.

Więc czasem te projekty międzynarodowe, w których on też usiądzie przed kamerą i pomacha do kogoś z innego krańca świata albo pogada z nim po angielsku, będą dla niego przełamaniem, wyjściem do ludzi i integracją.

Projekt to nie tylko edukacja, moja fanaberia, ale przy okazji wprowadzanie dzieciom elementów terapii.


Porównujesz szkoły integracyjne w Polsce i nie tylko, a systemy edukacji w innych krajach. Wspominasz Pakistan, Kenię, które kojarzą się raczej z klasą o gołej, glinianej podłodze, a nie o rozwiniętym systemie szkół wspierających uczniów z problemami.

Często dowiaduję się, że nauczyciele z innych krajów mają dzieci ze specjalnymi potrzebami w klasie, ale nie mają narzędzi do współpracy z nimi. Czasami to nawet kilka osób w jednej klasie.

Nasi uczniowie potrafią dużo więcej niż dzieci w krajach nawet wysoko rozwiniętych. W szkołach z glinianych klepek rzeczywiście mają trudniej, ale szkoły z bogatych miast też mają wyposażenie i kasę na rozwój dzieci, a nie robią ułamka tego, co my.


To nie jest kwestia kraju, rozwoju, wyposażenia szkół, ale chęci nauczycieli.
                    
                    
                    
                    
                
                
Masz takie poczucie, że po pandemii polskie szkolnictwo jeszcze bardziej zamknęło się na innowacje, wyjście ze standardowej bańki podręcznikowej, szukanie projektów międzynarodowych.

Paradoksalnie tak. Mogłoby się zdawać, że zdalne nauczanie wymusi korzystanie z ICT i technologii, a tu się okazuje, że jesteśmy zmęczeni jako szkoła, uczniowie, nauczyciele. To było fajne na początku, bo mogliśmy bawić się komputerem, zamiast siedzieć nad zeszytem. W momencie, gdy wróciliśmy do szkół, mając tablice interaktywne i sprzęt elektroniczny, wróciliśmy do otwierania podręczników i tyle.


A dla mnie notatka przepisywana na tablicy nie jest notatką do zeszytu, bo szkoda na to czasu, mamy ekrany, możemy notatkę wysłać na maila. Tracimy czas na przepisywanie, zamiast omówić temat w inny sposób, wreszcie pozwolić uczniom go zrozumieć, wreszcie mieć czas na rozmowę.

Dzieciaki przyszły po zdalnym nauczaniu, siedzą w komórkach, grają w gry, ale się nie integrują. Wysyłają sobie wiadomości na Messengerze, zamiast rozmawiać.
Należałoby się skupić na tym, aby technologię z jednej strony wykorzystać, a z drugiej wyizolować, zastąpić żywą rozmową.


Pewnie długo to potrwa, zanim wrócimy do normy, a może nie wrócimy... IV fala przed nami.

I powrót przed komputery?

Jestem przygotowany na to, że tak. Nauczanie zdalne okazało się fajnym ekonomicznym rozwiązaniem. Dla szkół, samorządów, ministerstwa. Koszty utrzymania szkół spadły. 

Samorząd nie płacił za energię, zużycie wody, śmieci. W skali roku to są ogromne oszczędności na jednej palcówce. A przeliczmy sobie w skali miasta, gminy...To jest główny czynnik, który może zachęcić rząd do wprowadzenia nauczania hybrydowego.

Twój ulubiony kraj? Edukacyjne eldorado?


Obalę stereotyp, wcale nie super Stany Zjednoczone. Myślę, że fińska szkoła jest dość bliska mojemu podejściu do edukacji. Bardzo mi się podoba Afryka, miałem spotkanie z ministrą edukacji jednego z krajów afrykańskich i ona mówi, że jak mają lekcję o drzewie, to wychodzą pod to drzewo, liczą liście, uczą się o systemie nawadniania, rozpoznawaniu drzew, wyciągają z pojedynczego drzewa jak najwięcej wiedzy. To lekcja fizyczna. Nie mają środków, ale radzą sobie tak, jak mogą.

Znów, wystarczy chcieć.Może cię zainteresować: Nauczyciele ich nie lubią, inni rodzice uważają za wariatów. Powód? Wybrali edukację domową ]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/ab6907aa6816188aef2349bb21ee2bc8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/ab6907aa6816188aef2349bb21ee2bc8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/288767,wypracowanie-kacpra-maroszka-o-zmarlym-tacie-pelna-historia</guid><link>https://dadhero.pl/288767,wypracowanie-kacpra-maroszka-o-zmarlym-tacie-pelna-historia</link><pubDate>Mon, 11 Oct 2021 11:51:42 +0200</pubDate><title>Jego wypracowanie o zmarłym tacie czytała cała Polska. Oto opowieść Kacpra</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/b7354ec8506e433659a870e9eb1cf0a2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Miały mu zostać tylko 3 miesiące życia, ale przez 8 lat nie poddał się i walczył o każdy kolejny dzień spędzony z synem. Andrzej Maroszek zmarł w wieku 36 lat, tatą był przez 11. Najlepszym, jakiego mógłby mieć Kacper. Dlatego chłopiec napisał o nim wypracowanie "z serducha", a list pożegnalny ojca i syna przeczytały tysiące ludzi w Polsce.



 11-letni Kacper Maroszek napisał wypracowanie o swoim zmarłym tacie.
 Pracę "Odwaga" udostępnił na swoim Facebooku prezydent Sosnowca.
 List syna do ojca poruszył tysiące ludzi w całej Polsce.

Dzwonię do nich tuż po meczu piłki nożnej, w którym brał udział Kacper. Jaki wynik? – pytam.

– Bardzo dobry, 1:1 – odpowiada.

Jak się czuje po tym, gdy cała Polska przeczytała wypracowanie z polskiego, w którym żegna się ze swoim tatą? Jest zaskoczony i wzruszony. Tak samo, jak jego mama. Oboje mówią, że ogrom komentarzy i słów wsparcia, który płynął do nich po publikacji pracy, przerósł najśmielsze oczekiwania. Czytaj też: „Mi też wolno płakać”. Każdy powinien przeczytać tę opowieść ojców dzieci chorych na nowotwór – Udostępniliśmy list Kacpra, by dodać ludziom chorym na raka odwagi – mówi Natalia Maroszek. – Dopóki piłka jest w grze, zawsze są szanse na wygraną.


Jej mąż, Andrzej, chorował 8 lat. W żadnym momencie choroby nie zwątpił w to, że warto żyć. Walczyć dla Kacpra. – Zawsze powtarzał, że chce, aby Kacper jak najdłużej miał ojca, chciał się nacieszyć kontaktem z synem – mówi mama. – My rodzice zawsze już żyjemy dla naszych dzieci.

Wypracowanie "Odwaga" autorstwa 11-letniego Kacpra przeczytało wiele osób w Polsce. Także dlatego, że pracę wrzucił na swój profil na Facebooku prezydent Sosnowca, Arkadiusz Chęciński. 
                    
                    
                    
                    
                
                "Było ciepłe popołudnie 15 czerwca. Siedzieliśmy z mamą w domu i czekaliśmy, aż tata wróci od lekarza. W kuchni unosiła się para, bo mama gotowała obiad dla nas. I nagle wszedł tata, mówiąc: "Mam raka, ale nie martwcie się to nie koniec świata. Będziemy walczyć do samego końca, bo w rodzinie siła".


Tak Kacper rozpoczyna swoją pracę. Z jego wspomnień wynika, że tata rzeczywiście się nie poddał. Od chwili diagnozy jeździł po całej Polsce, by szukać pomocy u najlepszych specjalistów. Przeszedł operację, trzy naświetlania, chemioterapię, ale nie udało się uniknąć przerzutów i trzy lata przed śmiercią jego płuca były już zainfekowane przez nowotwór.

A jednak nawet z maską tlenową na twarzy nie opuszczał meczów swojego syna. Mówił rodzinie: "Co z tego, że jestem pod tlenem, jak dalej możemy wyjść do parku i dobrze się bawić. Co z tego, że jestem pod tlenem, idę do pracy, bo ręce mam sprawne".


Gdy nie mógł już chodzić, zawsze łączył się z żoną na Messengerze, aby oglądać mecz Kacpra na żywo. Zagrzewał go do boju i nie pozwalał wątpić w to, że zostanie sławnym piłkarzem.

Niecały rok przed śmiercią Andrzej Maroszek wykupił dla całej rodziny bilety lotnicze i porwał żonę i syna do Włoch. – Wcześniej nigdy nie leciałem samolotem – wspomina Kacper. – Zwiedzaliśmy stadion Juventusu. Byłem w szatni i pod szafką Ronaldo, gdy jeszcze tam grał – opowiada, a w jego głosie słychać, że to pozostanie jednym z najlepszych wspomnień jego życia.
	
		
											
					
				
				Zdjęcie z albumu, który rodzice stworzyli dla Kacpra, by zawsze mógł wspominać swojego tatę.•Fot. Natalia Maroszek/archiwum prywatne
					

– Mąż zrobił to, by Kacper miał okazję zobaczyć namiastkę wielkiego piłkarskiego świata, którego kiedyś chciałby być częścią – mówi Natalia.


Dla 11-latka kluczowe były chwile spędzone sam na sam z tatą. Mówi, że lubił jeździć z nim do Krakowa, gdzie tata przechodził badania, bo potem szli razem na basen i świetnie się bawili.

– Tata był bardzo pomocny. Ktokolwiek nie poprosiłby go o pomoc, nie odmawiał. Był troskliwy. Kochałem go i nadal kocham – mówi chłopiec.

"Wtedy straciłem przede wszystkim swojego bohatera, który każdego dnia uczył mnie, jak iść odważnie przez życie [...]nauczyłem się też czegoś bardzo ważnego, tego, że nie można się bać". Kończy swoje wypracowanie Kacper.

– Kiedy zmarł, zawalił nam się cały świat. Ludzie mówią: "przecież wiesz, że jest chory i kiedyś nadejdzie koniec, powinnaś być przygotowana", ale na to nie da się przygotować. Każdego dnia patrzy się, jak życie w oczach ukochanej osoby gaśnie, a i tak, gdy zmarł, miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi kawałek serca – mówi żona Andrzeja.


Praca chłopca jest złożeniem hołdu najlepszemu tacie, jakiego miał. Napisał "z serducha".

Często z mamą chodzą na cmentarz i opowiadają mu, co akurat dzieje się w ich życiach. Oboje wierzą, że ukochany tata ma teraz najlepsze miejscówki na mecze swojego syna i nie opuści żadnej rozgrywki. Może cię zainteresować: "Mam raka i został mi rok życia". Rozmawiamy z Mateuszem, którego film poruszył 1,5 miliona Polaków ]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/b7354ec8506e433659a870e9eb1cf0a2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/b7354ec8506e433659a870e9eb1cf0a2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wypracowanie Kacpra Maroszka o zmarłym tacie. Pełna historia</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/288620,who-s-your-daddy-rozmowa-z-lukaszem-tworca-najlepszego-bloga-o-dzieciach</guid><link>https://dadhero.pl/288620,who-s-your-daddy-rozmowa-z-lukaszem-tworca-najlepszego-bloga-o-dzieciach</link><pubDate>Fri, 27 Aug 2021 12:49:32 +0200</pubDate><title>&quot;Wyjmijmy sobie ten dydaktyczny kij z d...&quot;. Łukasz z &quot;Who&#039;s your daddy&quot; o (nie)byciu influencerem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/ad03fda9a1e0a9a1f0c5ec3bc57b2526,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Łukasz Dominiak, twórca profilu "Who's your daddy" w rozmowie o rodzicielstwie, (nie)byciu influencerem i zakończeniu "Kici Koci".



 "Denerwowało mnie, że w wielu miejscach rodzicielstwo pokazywane jest w taki słodki sposób".
 "W w przypadku 2-latków nie stwierdziłem czegoś takiego jak logiczne zachowanie".
 "Pojawienie się dziecka w życiu jest jak wjazd Conrado Moreno do studia "Europa da się lubić", ale dziecko nie pyta, czy jesteście cali".

Jego profil na Instagramie rozbawia do łez. Pozbawiony lukru i szczebiotów obraz rodzicielstwa przekonał do siebie 30 tysięcy ludzi. Łukasz Dominiak ukrywający się pod nazwą "Who's your daddy" w szczery sposób pokazuje, że rodzicielstwo to coś więcej, niż zachwyt nad kolorowymi śpioszkami. 


W rozmowie z dadHero.pl zdradza, jaki jest najbardziej memogenny okres życia u dzieci, co zrobić, gdy dziecko wyleje kubeczek z wodą oraz czy po narodzinach dziecka zawsze ma się poczucie przejechania walcem atomowym.Czytaj też: Lepszy tata, czyli jaki? Wywiad z Tomkiem Smacznym, który stoi za najfajniejszą ojcowską grupą na Fb 
                    
                    
                    
                    
                
                 
                Skąd się wziął "Who's your daddy"?

Denerwowało mnie, że w wielu miejscach rodzicielstwo pokazywane jest w taki słodki sposób. Chciałem dać temu odpór, pokazać moją perspektywę, ograć rodzicielstwo w zabawny sposób, choć nie miałem założenia, że będę influencerem.


Zostałeś nazwany "odważnym". "Odważnie o rodzicielstwie", "czysta, surowa prawda"...

Może wynika to z tego, że dziecko uważane jest za coś cudownego, nie można o nim mówić w sposób srogi, bo wyjdzie na to, że nie chciało się mieć dzieci albo nie lubi się własnego dziecka. A to są dwie różne kwestie.

Bo tak naprawdę dzieci to małe szatany.

Obraz cukru mnie irytował. Pięknie ubrane dzieci w idealnych pozach w pokoju pełnym wartościowych edukacyjnych zabawek...
                    
                    
                    
                    
                
                 
                A tak nie wygląda rodzicielstwo? (śmiech)


Może wygląda przez te 5 minut, gdy robione jest zdjęcie.

Nie chcę nikomu nic udowadniać. Założyłem konto po drugim dziecku. Mila (starsza córka) była bardzo wymagająca, miała lęki nocne i potrafiła przez godzinę bez ustanku krzyczeć. To było mega stresujące i dla niej, i dla nas. Z kolei Leon był dzieckiem, które jadło i spało.

Gdy to zobaczyłem, że dzieci z tych samych rodziców potrafią być tak różne, utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie będę człowiekiem, który daje rady.

Niektórzy rodzice mają silną potrzebę tłumaczyć innym, że źle wychowują, źle robią, mają złą pościel, łóżeczko, bo dziecko nie śpi. To bzdura.


Rady babcino-dziadkowe i kolegów mnie frustrowały. Najlepiej czuł się z nimi ten, kto je dawał. Fajnie, że rodzice wymieniają się doświadczeniami, ale najpierw niech wyjmą sobie ten edukacyjno-dydaktyczny kij z du*y.
                    
                    
                    
                    
                
                 
                Jaki jest twoim zdaniem najbardziej memogenny okres życia dzieci?

2 lata. Okres buntu, w którym my rodzice staramy się dopatrzyć logiki w zachowaniu dziecka, ale w przypadku 2-latków nie stwierdziłem czegoś takiego jak logiczne zachowanie.

Zdarza się, że ludzie mi piszą "zobaczysz, jak będziesz miał nastolatków". Ja mam świadomość, że inaczej rozmawia się z nastolatkiem o narkotykach, a inaczej z 2-latkiem o lizakach.


Ale mam poczucie, że ci ludzie zapomnieli, że gdy ich dzieci miały kilka lat, oni nie spali, a niewyspanie się powoduje, że rodzic ma bardzo krótki lont. I niewiele dzieli go od wybuchu. Trudno po 3-4 godzinach snu być cierpliwym i robić wszystko jak z podręcznika rodzicielstwa.

Tym bardziej że wychowując dzieci, wzrastamy z nimi, rośnie nasze doświadczenie. Gdy dzieci są małe twoja rzeczywistość to jego potrzeby i twoje zniecierpliwienie. Nie myślisz jeszcze o rozmowie o narkotykach.

Chociaż kiedyś świetnie wyjaśnił mi to pewien taksówkarz: "Ma pan ciężko, ale chociaż pan wie, że pana córka śpi za ścianą. Gdy wychodzi na imprezę i nie ma jej do 3 nad ranem, to dopiero ma pan nerw".


Życie z małymi dziećmi uważane jest przez niektórych za proste, ale to duże wyzwanie także dla związku, w którym komunikacja zmienia się w przerzucanie rozkazami. Pojawienie się dziecka w życiu jest jak wjazd Conrado Moreno do studia "Europa da się lubić", ale dziecko nie pyta, czy jesteście cali.

Postawiłeś na memy, bo stwierdziłeś, że rodzice mają tak mało czasu, że docierają do nich tylko obrazki z krótkim tekstem, czy nie chciałeś zostać guru-blogerem?

Marzy mi się, żeby napisać coś dłuższego, ale tak, chciałem, żeby rodzice byli w stanie zobaczyć moje wpisy w sytuacji "karmiennej". Piszę w sposób dresiarski i takie mam założenie, to nie są notki na tysiące znaków, które męczą czytelnika.
                    
                    
                    
                    
                
                 
                Bardzo dużo mam jest w internetowej przestrzeni. Mama Pediatra, Mama Ginekolog, Mama Psycholog. Tatusiowie też są, ale mniej widoczni. Na twoim profilu w komentarzach też częściej widać żeńskie nazwiska.


Jak sprawdzam statystyki to 88 proc. odwiedzających to kobiety, 12 to faceci. A i tak jest lepiej, bo bywało ich tylko 5 proc. To wynika z przekonania, że na kobiecie ciąży obowiązek wychowania dzieci. One są oceniane za złe przykrycie kocykiem, podczas gdy widok ojca z wózkiem tylko zachwyca.

Nie jestem ani idealnym mężem, ani ojcem. Zdarzało mi się zostać dłużej w pracy i wykonać kolejne 50 niepotrzebnych telefonów, żeby nie wracać do domu i słuchać krzyków i płaczu dziecka, ale pozostaję rodzicem zaangażowanym i wychowującym dzieci na równi z moją partnerką.


Gadałam z Robertem Górskim, który powiedział fajną rzecz. On nie lubi rozmawiać z młodymi mamami, bo one "ciągle wymyślają jakieś choroby w tych dzieciach. To jak z facetami, którzy całe życie wspominają, jak to było w wojsku. A przypominam, że było się tam dwa lata. Opowieści wystarcza na osiemdziesiąt". Mam wrażenie, że ty masz "męskie" podejście. Robisz mema o wylanym kubeczku i zapominasz, zamiast stać z umęczoną miną nad dzieckiem i roztkliwiać się nad jego potrzebami emocjonalnymi.

Jak nie miałem dzieci, to mega wkurzali mnie rodzice z małymi dziećmi, bo nie dało się z nimi pogadać o niczym innym, jak o dzieciach. Teraz gdy jestem tatą, zrozumiałem, że może to wynikać z tego, że cała uwaga jest na nich skupiona. Życie rodzica to życie dziecka. Po prostu nie ma innych tematów.


Ale z drugiej strony obiecałem sobie, że ile się da, będę chciał spotykać się z ludźmi bezdzietnymi, aby nie tracić kontaktu z bazą. Jednak jest tak, że jak się już ma dzieci, to krąg znajomych się zawęża.
                    
                    
                    
                    
                
                 
                Masz plany ekspansji dotyczące "Who's your daddy?"

Może jakieś radio... byłoby fajnie. Mógłbym też rozpocząć współpracę z producentem pralek, produktów do mycia dzieci, a przede wszystkim napojów energetycznych i kawy. To są prawdziwe produkty dla rodziców.

Ostatnie pytanie. Jak się kończy "Kicia Kocia"?


Za każdym razem zaskakująco.Może cię zainteresować: "Ojcostwo codzienne, a nie dorywcze!". Mariusz zdradza, dlaczego pisze listy do 3-letniego syna ]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/ad03fda9a1e0a9a1f0c5ec3bc57b2526,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/ad03fda9a1e0a9a1f0c5ec3bc57b2526,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Who&#039;s your daddy. Rozmowa z Łukaszem, twórcą najlepszego bloga o dzieciach</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://dadhero.pl/288497,jakim-tata-jest-jamie-oliver-oto-5-rzeczy-ktore-sa-dla-niego-wazne</guid><link>https://dadhero.pl/288497,jakim-tata-jest-jamie-oliver-oto-5-rzeczy-ktore-sa-dla-niego-wazne</link><pubDate>Tue, 27 Jul 2021 14:57:49 +0200</pubDate><title>Jakim tatą jest Jamie Oliver? Oto 5 rzeczy, za które nie sposób go nie kochać</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.dadhero.pl/b43101ffb62e72cd6f6bd4a00af69cff,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jamiego nie da się nie lubić. Należy do najbardziej uznanych, rozpoznawalnych i uwielbianych kucharzy na świecie. Jest także ojcem 5 dzieci. W ich wychowaniu kieruje się umiłowaniem wolności.



 Jego ojciec miał restaurację w Claverling i tam Jamie pierwszy raz gotował.
 Oliver ma aktualnie 5 dzieci, ale nie wyklucza, że za namową żony zgodziłby się na kolejne.
 Jak na razie tylko jego syn Buddy idzie kucharskimi śladami ojca.

Jako dziecko sporo pracował, bo jego rodzice mieli restaurację. Wspomina czasy dzieciństwa z rozrzewnieniem, choć niełatwo było mu w szkole.

Surowe wychowanie i problemy z edukacją stworzyły jednak postać, która inspiruje miliony. Jakim rodzicem jest Oliver, którego dzieci, z wyjątkiem jednego, nie mają zupełnie zapału do gotowania? 
                    
                    
                    
                    
                
                 
                
"Znajdź sobie zajęcie"
Jego ojciec Trevor prowadził Cricketers Pub w Claverling w Essex i tam Jamie po raz pierwszy eksperymentował z jedzeniem. W 2020 rodzice Jamiego sprzedali restaurację sieci Chestnut, która prowadzi knajpy w północno-wschodniej Anglii. Kucharz mówił, że ta decyzja rodziców była dla niego bolesna.Czytaj też: "Kucharz to nie farmaceuta..." Jasiek Kuroń o ojcu, gotowaniu i klasycznej polskiej kuchni Ojciec Jamiego był tytanem pracy. Zdarzało się, że budził Jamiego szklanką zimnej wody wylana na twarz i wołał: "Znajdź sobie zajęcie".


Jamie poznał swoją żonę Jools w 1993 roku. Od tej pory są razem. Mają 5 dzieci.

19-letnią Poppy Honey Rosie, 18-letnią Daisy Boo Pamela, 12-letnią Petal Blossom Rainbow, 10-letniego syna Buddy'ego Bear Maurice i 4-letnią córkę River Rocket Blue Dallas.
                    
                    
                    
                    
                
                Jak udało mu się pogodzić karierę zawodowego kucharza i rolę ojca rodziny wielodzietnej? Jego rada jest prosta.

- Jeśli chcesz robić wiele rzeczy dobrze, otocz się niesamowitymi kobietami, koniec historii! - powiedział dla Daily Mail. Przez wiele lat zaczynał pracę o świcie, a wracał do domu po zmroku. Przyznawał, że widuje swoje dzieci tylko w nocy, gdy śpią.


W wieku 42 lat (teraz ma 46) deklarował, że przechodzi na emeryturę, by na serio zająć się ojcostwem. "Czemu nie odprowadzam swojego syna do szkoły? - pytał. Uznał, że osiągnął sukces, który pozwoli mu osiąść w wartym 6 milionów funtów domu z XVI wieku w położonym w Essex.

Fakt, że jego majątek szacowany jest na ponad 150 milionów dolarów, a wbrew zapowiedziom Jamie nie zwolnił tempa, można się spodziewać, że pieniądze będą się namnażały. 
                    
                    
                    
                    
                
                 
                
Nie musisz być najlepszy w szkole
Rzucił szkołę w wieku 16 lat. Dopiero po latach wrócił do Westminster Kingsway College.


"Opuściłem szkołę praktycznie bez niczego, byłem dzieckiem specjalnej troski. Czułem się, jakby moja szkoła mnie zawiodła".

Jamie jest dyslektykiem, swoją pierwszą powieść przeczytał dopiero w wieku 38 lat. Tata nie narzuca ścieżki kucharskiej swoim dzieciom, nie wyznacza kierunków studiów. Dwie jego córki już wyprowadziły się z domu, ale to raczej jego żona, niż sam Jamie cierpi na syndrom opuszczonego gniazda.

O swojej miłości do żony mówi, że kocha Jools bardziej niż czekoladę. Kieruje się dewizą, że w związku musisz być zadowolony, aby był on szczęśliwy. Nienawidzi chodzić na dyskoteki, ale dla swojej żony gotów jest do poświęceń. Na szczęście ich dzieci są jeszcze małe i wypady na miasto, zdarzają się rzadko.


Jamie jednak liczy na to, że wraz z dojrzewaniem dzieci będą mogli pozwolić sobie z Jools na większą swobodę. Mówi, że gdyby jednak jego żona nalegała, zgodziłby się na kolejne dziecko.

"Każde dziecko powinno uczyć się gotowania w szkole, a nie tylko rozmawiać o odżywianiu przez cały dzień. Dobre jedzenie można przygotować w 15 minut. To może być pierwsze pokolenie, w którym dzieci uczą rodziców" - mówił sławny kucharz.
                    
                    
                    
                    
                
                 
                Najwidoczniej liderem tego pokolenia będzie jego syn Buddy, który na Instagramie umieszcza krótkie filmiki z przygotowywania dań wedle własnych przepisów. Jamie już od kilku lat angażuje Buddy'ego do gotowania w swoich programach kulinarnych.


A zresztą nie tylko jego. Każde dziecko Olivera miało swoją chwilę na srebrnym ekranie, ale Buddy naprawdę zajął się gotowaniem. Konto inspirowane jego przepisami @cookingbuddiesclub ma ponad 65 tysięcy obserwujących na Instagramie. Tata przykłada złotodajną rękę do sukcesów syna i promuje jego posty na swoim koncie, które lajkuje 8,6 miliona osób.

A co do żywienia dzieci Jamie mówił: „Mają lody, ciasta i takie tam – nie jesteśmy nazistami od jedzenia. Ale nie biegają z tabliczkami czekolady". Kucharz uważa, że najlepszą formą okazywania miłości jest pieczenie ciast dla rodziny. Słodkie emocje rozrastają się w piecyku i karmią najbliższych.
Może cię zainteresować: Weekendowa uczta. Oto najszybsze obiady Jamiego Olivera, których musisz spróbować ]]></description><media:thumbnail url="https://m.dadhero.pl/b43101ffb62e72cd6f6bd4a00af69cff,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.dadhero.pl/b43101ffb62e72cd6f6bd4a00af69cff,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jakim tatą jest Jamie Oliver? Oto 5 rzeczy, które są dla niego ważne</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
